Reklama

Niebezpieczne mutacje: Zabójcza meduza

Gigantyczna meduza miała wydzielać substancję paraliżującą, która „hipnotyzowała” nie tylko drapieżne rekiny, ale także znajdujących się w pobliżu płetwonurków. /ALEXANDER SEMENOV/Science Photo Library /East News

Reklama

W oceanach aż roi się od niezwykłych stworzeń: zarówno tych przyjaznych człowiekowi, jak i stwarzających śmiertelne zagrożenie. Jednak niekiedy z ciemnych głębin wypływa coś, co może się przyśnić tylko w najgorszym koszmarze…

W 1953 roku australijska prasa rozpisywała się na temat pewnego sensacyjnego wydarzenia: podczas testów najnowszego sprzętu do nurkowania, w trakcie których planowano pobić rekord głębokości zanurzenia w południowej części Oceanu Spokojnego, doktor Christopher Lope natknął się na zagadkowe, bezkształtne stworzenie o ogromnych rozmiarach.

Uczony opowiadał później dziennikarzom: 

- Kiedy zanurzałem się coraz głębiej w wodach Pacyfiku, moje poczynania z wyraźnym zaciekawieniem obserwował czterometrowy rekin. Krążył wokół mnie, przy czym widać było, że nie zamierza atakować. Koniec końców znalazłem się na podwodnym uskoku - niżej rozpościerała się czarna przepaść, która zdawała się nie mieć dna. Dalsze schodzenie w głąb oceanu byłoby zbyt niebezpieczne. 

- Stałem więc, patrząc w otchłań, a rekin czekał na moje kolejne ruchy. W pewnym momencie zauważyłem, że z mrocznych odmętów zbliża się do niego jakaś ciemna masa. Poruszała się bardzo powoli. Kiedy padło na nią światło, zobaczyłem coś olbrzymiego - o powierzchni około akra (0,4 hektara) - płaskiego, ciemnobrązowego, z "frędzlami" na brzegach. Stworzenie lekko pulsowało. Nie miałem wątpliwości, że tajemniczy obiekt żyje, choć nie widziałem ani jego oczu, ani kończyn. 

- Straszna masa minęła mnie i popłynęła ku powierzchni, nieustannie falując. Patrzyłem oniemiały na brązową "galaretę", która zbliżyła się do rekina, po czym dotknęła go "plecami". Ogromna ryba zadrżała, a następnie bezwolnie zanurzyła się w ciele dziwnego organizmu. Stałem nieruchomo. "Potwór" zniknął w otchłani równie powoli, jak się pojawił. Jeden Bóg raczy wiedzieć, co to było za stworzenie. 

Reklama

Tragedia w zatoce

Kolejne spotkanie człowieka z galaretowatym organizmem - już w nowym tysiącleciu - zakończyło się tragicznie. Miało ono miejsce w Zatoce Tajlandzkiej, gdzie francuski płetwonurek Henri Astor pracował w ramach kontraktu dla pewnej firmy z Bangkoku.

Wraz z kolegą po fachu opuścił się w specjalnej klatce ochronnej na głębokość 80 metrów. Tam płetwonurkowie zauważyli dużą ławicę ryb, więc zaprzestali dalszego zanurzania. Ich uwagę przyciągnęło niezwykłe zjawisko: gdzieś z dołu, naprzeciw ławicy, płynęła ogromna brunatna masa. Kiedy zbliżyła się do ryb, te zaczęły zachowywać się bardzo dziwnie. Dosłownie jakby zastygały w miejscu, a następnie "przewracały się na bok" i powoli przemieszczały w stronę ciemnego obiektu. Na oczach zdumionych płetwonurków prawie wszystkie zostały w ten sposób "zahipnotyzowane". 

Współpracownik Astora, nie bacząc na protesty współtowarzysza, postanowił podpłynąć bliżej, żeby zobaczyć dokładniej, co tam się dzieje. Kiedy po 15 minutach nie wrócił, Henri wysłał sygnał alarmowy. Przybyli na miejsce ratownicy nie zdążyli już niczego zobaczyć, ponieważ bura masa odpłynęła na dużą głębokość. Ciała zaginionego płetwonurka także nie udało się odnaleźć. 

Co ciekawe, echosonda na statku, z którego płetwonurkowie zeszli pod wodę, wykazała, że na głębokości 70-80 metrów pojawiło się "fałszywe dno". Niedługo później zginął również Henri Astor. Francuz zaplanował serię zejść pod wodę, chcąc jeszcze raz spotkać zagadkowy organizm i sfilmować go do celów naukowych. Niestety, jedno z zanurzeń okazało się dla niego ostatnim.

Potwór z głębin

Czym jest jednak owo tajemnicze stworzenie paraliżujące swoje ofiary na odległość? Niektórzy uczeni uznają ciemnobrązową masę za unikalną formę życia, która kryje się na dużych głębokościach i ma ścisły związek z ewolucją pierwszych organizmów. Istnieje przypuszczenie, że to nieprawdopodobne "coś" pochodzi od komórki pierwotnej, która nie posiadała jeszcze cech właściwych dla zwierząt bądź roślin. Potencjał takiej komórki okazuje się ogromny, czym tłumaczy się gigantyczne rozmiary tego tworu. 

Ciemnej galarecie jest wszystko jedno, co stanie się jej pożywieniem: mikroskopijny plankton czy masywny wieloryb. Zdaniem innych naukowców brunatna masa to nic innego, jak wielka meduza. Prawdą jest, że bełtwy festonowe często osiągają średnicę dwóch metrów. Istnieją również dowody na to, iż trawiły one szczątki rekinów. 

Amerykańskie czasopismo "Faith" w listopadowym numerze z 2004 roku poinformowało, że już w 1978 roku żaglowiec Kuranda zderzył się z meduzą o niewyobrażalnych wręcz rozmiarach: wadze 20 ton oraz długości wici sięgającej 40 metrów.

W połowie lat 90. XX wieku grupa amerykańskich specjalistów podała swoją wersję pochodzenia galaretowatego potwora. Wedle ich przypuszczeń brunatna masa jest w rzeczywistości morskim glonem z rodziny bruzdnic. 

W trakcie niejasnych procesów glon zmutował do postaci strasznego drapieżcy. Na wybranych etapach życia takie stworzenie zachowuje się jak roślina akumulująca energię słoneczną. Jednak potem z niewiadomych przyczyn mikroskopijne komórki glonów łączą się, tworząc kolektywny organizm. 

W tej fazie masa zaczyna żywić się rybami. W przypadku ich braku wytwarza powłokę ochronną i opada na dno oceanu, gdzie może latami czekać na sprzyjające warunki. Podczas spotkania z rybami bura galareta wydziela silną toksynę, która w ciągu kilku minut zabija całe ławice. 

Potem to zagadkowe stworzenie, charakteryzujące się w zasadzie niczym nieograniczonymi rozmiarami, otacza ciała ofiar sokami trawiennymi, po czym następuje proces przyswajania pożywienia. 

Wielu specjalistów objaśnia pojawienie się opisywanych organizmów coraz większym zanieczyszczeniem mórz i oceanów, zwłaszcza fosforanami wywołującymi intensywne rozmnażanie się niektórych gatunków glonów.

Trudny przeciwnik 

Czy da się określić, choćby w przybliżeniu, jakie rozmiary może osiągać ten zagadkowy organizm? Na najprawdopodobniej największego galaretowatego potwora natknęli się w 1969 roku w rejonie Bahamów radzieccy oceanologowie. Jego pojawienie się poprzedzała panika wśród morskiej fauny. 

W ciągu kilku sekund z głębin wypłynęły ławice ryb szukające schronienia w rafie koralowej. Wkrótce "niekształtna, brunatna masa z rozmytą ciemnoniebieską obwódką" powoli wychynęła z granatowych głębin i rozciągnęła się na ogromnej powierzchni". 

Wszystko wokół zamarło, dosłownie jak na stopklatce. Ryby, w tym rekiny, pływające nad galaretowatą masą zastygły w bezruchu. Brunatny potwór również znieruchomiał. Nagle ryby zostały jakby porażone prądem elektrycznym. Zaczęły wyginać się w różne strony i, drżąc w konwulsjach, zanurzały się w bulgoczącej galarecie. Obserwujący tę scenę płetwonurek, tak samo jak australijski doktor Christopher Lope, nie był w stanie poruszyć nawet palcem. 

Czuł, że ciało odmawia mu posłuszeństwa. Mężczyzna zgiął się w skurczu i zaczął opadać w otchłań wód. Ze statku naukowo-badawczego natychmiast wyruszyła grupa płetwonurków, z których jeden zdołał chwycić tonącego na głębokości 10 metrów. 

Próby zbombardowania potwora pociskami trotylowymi na nic się nie zdały: wyrwane czarne dziury widniejące w brunatnej masie zarastały, nie czyniąc stworzeniu żadnej szkody. Uratowany płetwonurek był leczony przez długie miesiące. 

Jego wybawca także mocno ucierpiał. Choć w wodzie nic mu się nie działo, po paru godzinach dostał silnych dreszczy, które zakończyły się czterodniową utratą przytomności. Broń, w jaką wyposażony jest ten niezwykły drapieżca, sprawia, że na razie nikt nie wie, w jaki sposób pojmać to zagadkowe stworzenie, czy choćby je sfilmować.

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy