Reklama

Przez 50 lat zbierał samochody. Uzbierał pół tysiąca...

To szalona i momentami wręcz nieprawdopodobna historia. Na pewnej farmie w Nebrasce, we wsi liczącej 1776 mieszkańców, "ukryło się przed światem" 500 starych chevroletów. Starych, choć jednak nowych, bo nigdy nie sprzedanych ani nie zarejestrowanych. Nabywców znalazły dopiero niedawno, kiedy to 95-letni właściciel kolekcji postanowił rozstać się ze swoją ukochanymi "dziećmi"...

Poszukiwanie skarbów - to leży w naturze chyba każdego mężczyzny. Gdy jesteśmy dziećmi, wprawiamy się szukając tych ukrytych na niby.  Gdy dorastamy, zaczynamy poszukiwania tych prawdziwych. Ta pasja się nigdy nie kończy.

Każdy pasjonat ma swoją własną kategorię skarbów. Dla miłośnika starych samochodów największym skarbem będzie na przykład ukryty gdzieś pod stertą kurzu i gratów porzucony automobil, czekający na swego odkrywcę. Takie znalezisko fachowo nazywa się "barn find", czyli "znaleziony w stodole". Taka stodoła to prawdziwa ziemia obiecana każdego fana klasycznych czterech kółek, poszukującego swojej własnej "Bursztynowej Komnaty".

Reklama

Oczywiście spektakularne odkrycia nie zdarzają się co dzień. Nawet wytrawni poszukiwacze potrafią spędzać długie miesiące, a nawet lata, zanim trafią na coś wartościowego. Penetrują podwórka, garaże, szopy, stodoły. Wertują ogłoszenia w prasie i internecie. Żyją w ciągłym napięciu i czuwaniu. Byle tylko nie przegapić okazji, która już nigdy może się nie powtórzyć. Bo prawdziwe skarby odkrywają nieliczni szczęściarze.

To o nich czytamy, gdy co jakiś czas do wiadomości publicznej podawane są informacje o wyjątkowych znaleziskach. Przeważnie są to pojedyncze egzemplarze. Fragment samochodowej kolekcji to już prawdziwe wydarzenie. Przypadek, który chcemy wam przybliżyć, to jednak coś więcej niż wydarzenie. To coś, o czym fani klasyków nie marzą nawet w najśmielszych snach...

Wyobraźcie sobie opuszczoną farmę gdzieś w Nebrasce (USA). Nie stodołę - FARMĘ. Kilka hektarów powierzchni, a na nich pięćset (!) samochodów z lat 50., 60., i 70. ubiegłego wieku. Ogromna większość to chevrolety, wszystkie - pomimo zaawansowanego wieku - praktycznie nigdy nie używane, z przebiegiem najwyżej kilku, góra kilkunastu mil. Krążowniki, coupe, limuzyny, muscle cary i pick-upy. Dosłownie cała gama modelowa "nowych", nigdy nie zarejestrowanych kilkudziesięciolatków. Do wyboru, do koloru...

Chevrolety to jednak nie własność szalonego kolekcjonera ani nie dawny fabryczny parking. Skąd zatem w ogóle wzięło się takie miejsce?

Zgromadzone na farmie samochody to pozostałości po salonie samochodowym, prowadzonym przez wiele lat przez małżeństwo Lambrechtów. Ray i Mildred Lambrechtowie prowadzili swój biznes przez pół wieku, a w 1996 roku po prostu zamknęli salon, nie robiąc zupełnie nic z kilkoma setkami samochodów, których nie udało się sprzedać.

Metoda kolekcjonowania chevroletów była prosta. Jeśli któryś egzemplarz nie znalazł nabywcy przez rok, Ray odstawiał go na parking, bądź do hali. I tak przez lata kolekcja rozrosła się do pięciuset egzemplarzy.

Ray Lambrecht nie pozostawił jednak wozów na pastwę rdzy nieświadomie. Okazuje się, że w tym całym szaleństwie była metoda! Sprytny właściciel salonu liczył na to, że stare chevrolety w końcu nabiorą wartości, i że gdy będzie na emeryturze, wystawi je na aukcję i zgarnie okrągłą sumkę.

Po zamknięciu salonu okazało się, że Ray jest zbyt przywiązany do swoich starych - nowych aut, w efekcie ze zorganizowaniem aukcji zwlekał przez 17 lat. Dopiero za namową córki postanowił rozstać się ze swoją kolekcją. Dodajmy tylko, że Ray Lambrecht w tym roku skończył 95 lat, a jego żona - Mildred 92...

"To były jego dzieci, to były jego kochanki. Przez lata nie dopuszczał do siebie myśli, że może mieć je ktoś inny. Traktował to jako swoje dziedzictwo. W końcu jednak uległ i postanowił zaoferować chevrolety kolekcjonerom" - powiedziała Yvette van der Brink, która nadzorowała przebieg licytacji oraz oględziny wozów w miejscowości Pierce, w stanie Nebraska.

Wieść o odnalezieniu 500 chevroletów na farmie obiegła cały świat, więc nie można się dziwić ogromnemu zainteresowaniu kupujących. W internetowej licytacji brali udział kolekcjonerzy z 50 stanów i kilkunastu krajów świata. Łącznie w systemie aukcyjnym zarejestrowało się... 3600 osób!

Jeszcze więcej, bo 15 tysięcy potencjalnych kupujących stawiło się na farmie osobiście, by podziwiać okazy Raya Lambrechta tuż przed licytacją, która odbyła się w ubiegły weekend. Bel Air, Impala, Corvair, Cameo, Cavalier - wszystkie ustawione w rzędach jeden obok drugiego. Od chevroletów mogło się najzwyczajniej kręcić w głowie.

W końcu nadeszła długo wyczekiwana chwila - licytacja! To było prawdziwe szaleństwo. Na miejscu zjawiła się nawet ekipa programu "Top Gear", która bacznie śledziła podbijanie stawek. Łącznie udało się uzbierać 2,8 miliona dolarów, które trafią na konto rodziny Lambrechtów.

Najdroższym samochodem z kolekcji okazał się Chevrolet Cameo z 1958 roku, z przebiegiem 1,3 mili. Poszedł za 140 tysięcy dolarów. Impala z 1963, z przeibegiem 11 mil, choć wyceniony kiedyś na 3254 dolary i 70 centów, sprzedał się za 97 tysięcy, a Corvair Monza coupe znalazł nabywcę za 40 tysięcy dolarów.

I tak pięćset chevroletów poszło w świat, gdzie czeka je nowe, zapewne lepsze życie. Odrestaurowane, odszykowane, nie będą już pożywką dla korozji, lecz... lśniącym spełnieniem motoryzacyjnych marzeń z dzieciństwa!

INTERIA.PL
Dowiedz się więcej na temat: Chevrolet | Corvette | Nebraska | farma | kolekcjoner | rarytas | korozja

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy