Kosmos dla SpaceX i turbulencje dla Tesli, czyli bromance Trumpa i Muska ma już rok
Minął rok od momentu, gdy Donald Trump wrócił do Białego Domu, a u jego boku zasiedli nie tylko członkowie gabinetu i kluczowi urzędnicy, ale też najwięksi gracze Doliny Krzemowej. Elon Musk, stojący na czele SpaceX i Tesli, znalazł się w samym epicentrum polityczno-biznesowego sojuszu, który miał przynieść jego biznesom wymierne konsekwencje. Ale czy SpaceX i Tesla na pewno zyskały na "romansie" z władzą?

Dziś mija rok od zaprzysiężenia Donalda Trumpa, podczas którego wśród gości honorowych - obok nowo mianowanych członków gabinetu i kluczowych urzędników - zasiadła również śmietanka branży technologicznej. Bo chociaż jeszcze jakiś czas temu część "największych" oficjalnie sprzeciwiała się polityce amerykańskiego prezydenta, dobre relacje z Białym Domem są przecież niezbędne do zarabiania milionów. Tym samym Mark Zuckerberg, Jeff Bezos i Elon Musk dosłownie urządzili sobie zawody, kto niżej skłoni głowę przed powracającym do władzy Trumpem.
Giganci technologiczni kłaniają się Trumpowi
"Zuck" był jednym z pierwszych, którzy odcięli go od swoich platform po ataku na Kapitol, ale to przecież nic takiego… wystarczy zapowiedzieć przebudowę działu lobbingu, zmienić zasady moderacji treści, wpłacić milion dolarów na fundusz inauguracyjny i zorganizować elegancki bankiet dla wybrańców. To całkiem przyzwoita cena, by choć na chwilę zapomnieć o śledztwach i oskarżeniach i zamiast tego przypomnieć sobie, jak to jest być w łaskach władzy, prawda?
Jeff Bezos nie ma może własnej platformy społecznościowej, ale ma coś równie potężnego, czyli The Washington Post. I postanowił z tego skorzystać, wbrew opinii redakcji zdecydował się nie poprzeć Kamali Harris w wyborach i zachować tym samym "medialną neutralność". A żeby jeszcze podkreślić, jak bardzo jest neutralny i niezależny, dorzucił… okrągły milion dolarów do wspomnianego funduszu inauguracyjnego.
Zemsta Elona Muska?
Na czele tego peletonu stoi jednak Elon Musk, jeden z ojców sukcesu kampanii prezydenckiej Donalda Trumpa, bo trudno inaczej nazwać przekazanie na kampanię ponad 250 milionów dolarów i "promocję" za pomocą swojej platformy społecznościowej. Oczywiście szef X, Tesli, Neuralink i SpaceX nie robił tego za dobre słowo i uścisk ręki miłościwie panującego, ale realne korzyści. I w tym przypadku mówimy nie tylko o przychylności dla własnych biznesów, ale i poważnym wejściu w politykę, co było dla wielu obserwatorów decyzją mocno zaskakującą.
Zwłaszcza że panowie wcześniej nie mieli o sobie najlepszego zdania, Donald Trump nazywał Elona Muska "ściemniaczem", naśmiewał się z jego przejęcia Twittera i przekonywał, że przychodził do Białego Domu błagać o pomoc w uzyskaniu dotacji rządowych, a miliarder nie pozostawał mu dłużny, sugerując, że jest zbyt stary, by ponownie ubiegać się o urząd prezydenta, w związku z czym lepiej byłoby zobaczyć na tym stanowisku Rona DeSantisa.
Nie jestem fanem Trumpa. On jest destrukcyjny. Jest mistrzem świata w mówieniu bzdur
A jednak zaangażował się w tę relację, dlaczego? Ashlee Vance, autor innej biografii Elona Muska, ma na ten temat niezwykle interesującą teorię, którą wygłosił podczas wywiadu dla Newsweeka. Jego zdaniem wszystko to wina… prezydenta Joe Bidena i środowisk lewicowych, bo były prezydent popełnił ogromny błąd, nie zapraszając miliardera na eventy typu spotkania producentów samochodów elektrycznych w Białym Domu i przekonując, że to General Motors, a nie Tesla, stworzył amerykańskie elektryki.
Myślę, że Elon wziął to do siebie. Poczuł się urażony i postanowił się zemścić. Poparł Trumpa, bo tak najłatwiej mógł zrealizować swój cel. Nie wierzę, żeby uważał Trumpa za człowieka wyjątkowo dobrego lub niezwykle inteligentnego. Po prostu był praktyczny.
Musk wycina konkurencję
I początkowo faktycznie wyglądało to dla niego różowo, nie tylko odzyskał status ulubieńca konserwatystów, ale też został współprzewodniczącym nowego organu doradczego o nazwie Departament Efektywności Rządu (DOGE). W ramach tej działalności dokonywać miał poważnych cięć budżetowych w agencjach rządowych, które nie działają wystarczająco "efektywnie" i "marnują pieniądze podatników". I dziwnym zbiegiem okoliczności jedną z takich agencji okazała się… NASA, która jest przecież konkurencją dla agencji SpaceX, gdzie zamknięto m.in. biura głównego naukowca.
A była nim dr Kate Calvin, która została powołana w styczniu 2022 roku przez ówczesnego administratora NASA, Billa Nelsona, byłego senatora z ramienia Partii Demokratycznej. Zajmowała się ona doradztwem w zakresie wszystkich aspektów programów naukowych NASA oraz planowania strategicznego i inwestycji związanych ze zmianami klimatu, globalnym ociepleniem i wzrostem temperatur oceanów. Likwidacja jej stanowiska niosła więc ze sobą jasny przekaz - liczy się cel, a nie środowisko.
Donald Trump miał zamiar kontynuować zapoczątkowaną w pierwszej kadencji politykę "America First in Space", czyli maksymalnego uprzywilejowania amerykańskich firm prywatnych działających w przemyśle kosmicznym. W praktyce oznacza to upraszczanie procedur środowiskowych, skracanie czasu oczekiwania na licencje startowe i zwiększanie roli komercyjnych kontrahentów NASA i Departamentu Obrony, wśród których SpaceX był i jest absolutnym liderem.
SpaceX jest "kryty"
A nie da się ukryć, że bez takiego "wsparcia" byłoby znacznie trudniej, bo komercyjne loty w kosmos wciąż budzą wiele sprzeciwu. Mieszkańcy takich rejonów, jak Boca Chica w Teksasie, gdzie znajduje się główna baza testowa SpaceX oraz grupy środowiskowe wielokrotnie krytykowały działalność firmy. Wskazują one na hałas i pylenie powodowane przez starty, zagrożenia dla dzikiej przyrody i gatunków zagrożonych wyginięciem czy utrudnienia w dostępie do plaż i dróg podczas częstych wyłączeń przestrzeni publicznej.
A mamy też astronomów, którzy apelują o ograniczenie liczby obiektów w przestrzeni kosmicznej, bo utrudniają lub uniemożliwiają one obserwacje naukowe - tu do tablicy wywołany jest z kolei system satelitarny Starlink. Efekt? SpaceX ciągle lata, a Starlinków przybywa w szybkim tempie. Bo nawet kiedy przeciwnicy zgód wydawanych SpaceX próbują blokować programy startów przez pozwy sądowe, powołując się m.in. naruszenie federalnej ustawy o ocenach oddziaływania na środowisko, sądy federalne w USA często je odrzucają, zrzucając odpowiedzialność na Federalną Administrację Lotnictwa (FAA), która wydaje zgody na start rakiet.
Tak, SpaceX za Donalda Trumpa może bez skrępowania kontynuować swoje działania i rozszerzać działalność. W 2025 roku firma przeprowadziła 165 misji orbitalnych (32 więcej niż w roku poprzedzającym) i wciąż konsekwentnie zwiększa częstotliwość startów, głównie za pomocą rakiet Falcon 9 i Falcon Heavy, ale rozwija także system Starship, który będzie potrzebował wielu lotów testowanych (ba, prezydent Donald Trump osobiście oglądał jeden z nich!).
Jeśli zaś chodzi o Starlinki, to dosłownie kilka dni temu Federalna Komisja Łączności (FCC) dała SpaceX zielone światło na rozmieszczenie kolejnych 7,5 tys. satelitów, co pozwoli firmie rozbudować konstelację do imponujących 15 tys. jednostek. Co tam mówiliście, astronomowie?
A nie można też zapomnieć, że pod koniec 2025 roku Senat Stanów Zjednoczonych oficjalnie zatwierdził miliardera Jareda Isaacmana na stanowisko administratora NASA. Ten znany prywatny astronauta i orędownik misji na Marsa jest blisko związany z Elonem Muskiem i jego firmą SpaceX. Mówiąc krótko, nawet jeśli miliarder sam nie podpisał sobie żadnych kontraktów, mógł korzystać z nieformalnego dostępu do struktur decyzyjnych i nadal korzysta ze sprzyjającego otoczenia - nie bez przyczyny zresztą sceptycy jego obecności w amerykańskiej administracji wskazywali, że mamy tu jawny konflikt interesów.
Tesla ma dużo gorzej
I nawet kiedy w przyjaźni Muska i Trumpa pojawiają się "gorsze momenty", SpaceX może reagować na nie polskim klasykiem "nie strasz, nie strasz", bo amerykański prezydent potrzebuje go do realizacji swojej wizji potęgi kosmicznej, ale... Tesla nie jest już w tak komfortowej sytuacji. I zdaje się więcej tracić niż zyskiwać na politycznym zaangażowaniu swojego szefa i jego trudnej przyjaźni z władzą.
Od momentu, gdy miliarder otwarcie zaangażował się w kampanię prezydencką, notowania firmy stały się papierkiem lakmusowym relacji między biznesem technologicznym a polityką w USA. Początkowo rynek zareagował wręcz euforycznie, bo inwestorzy uznali, że zwycięstwo republikanów może oznaczać mniej regulacji i większe ulgi podatkowe dla sektora prywatnego.
Akcje Tesli wzrosły wtedy gwałtownie, przebijając kolejne rekordy i windując wycenę spółki do poziomów niewidzianych od pandemii. Przez moment wydawało się nawet, że Musk odzyskał status ulubieńca Wall Street, a jego firmy będą działały w wyjątkowo przyjaznym środowisku. Radość nie trwała jednak długo, bo gdy relacje obu panów zaczęły się komplikować, a ich publiczne starcia w mediach społecznościowych przybrały ostrzejszy ton, notowania Tesli gwałtownie spadły.
Koniec dotacji na elektryki
Wystarczy tu przypomnieć pamiętny termin 5-6 czerwca 2025 r., kiedy to akcje firmy gwałtownie zanurkowały o ponad 14 proc. w ciągu jednej sesji na giełdzie w Nowym Jorku. To była jedna z najgorszych jednodniowych strat w historii spółki od czasu pandemii COVID-19 i oznaczała, że z rynkowej wyceny Tesli w kilka godzin wyparowało ok. 150-152 mld dolarów. Ten gwałtowny spadek był bezpośrednią reakcją inwestorów na ostrą wymianę zdań między Muskiem a Trumpem.
Miliarder skrytykował "One Big Beautiful Bill", czyli podatkowo-budżetowy pakiet ustaw, który m.in. likwidował federalne ulgi podatkowe na zakup samochodów elektrycznych, wcześniej wysoko cenione przez branżę. A prezydent nie pozostał mu dłużny i zasugerował w odpowiedzi możliwość odebrania firmom Elona Muska ulg podatkowych czy kontraktów rządowych, co dodatkowo podsyciło niepewność na rynku i zachwiało zaufaniem inwestorów.
Warto tu przypomnieć, że program ulg podatkowych o wartości do 7,5 tysiąca dolarów dla nabywców samochodów elektrycznych był przez lata kluczowym motorem napędowym sprzedaży. Dla klientów Tesli oznaczało to wzrost kosztów zakupu o kilka do kilkanastu procent, a dla całego rynku wyraźne spowolnienie sprzedaży. Decyzja ta zbiegła się w czasie z przesunięciem polityki administracji w stronę deregulacji energetycznej, co interpretowano jako ukłon w stronę przemysłu paliwowego i tradycyjnych producentów aut.
Wszyscy mają dość Muska
Tesla, dotąd korzystająca z państwowych zachęt, nagle musiała więc radzić sobie w warunkach pełnej rynkowej konkurencji, w tym rosnącej presji ze strony chińskich producentów EV, kosztów surowców i spadku zainteresowania elektromobilnością w USA i Europie. Nie brakowało również głosów, że firmie zaczyna szkodzić także samo polityczne zaangażowanie szefa, bo kolejne kontrowersyjne wypowiedzi pogłębiały tylko przepaść dzielącą "nowego Muska" i bardziej liberalnych konsumentów, którzy dotąd stanowili trzon bazy klientów Tesli.
Wizerunkowo firma przeszła od symbolu ekologicznej innowacji do marki, wobec której coraz częściej pojawiają się akcje protestacyjne i bojkoty konsumenckie - nie tylko w USA, ale i Europie, która ma serdecznie dość kolejnych "mądrości" Elona. I chociaż wydaje się, że Tesla zdołała przetrwać najtrudniejszy okres, bo w 2026 roku - po kilku kwartałach spadków - zaczęła odbijać, ponownie osiągając 60 proc. udziałów w amerykańskim segmencie pojazdów elektrycznych, trudno przewidzieć, co przyniesie jej przyszłość. Zwłaszcza kiedy Elon Musk uzna, że znowu mniej lubi Donalda Trumpa...












