Reklama

Dlaczego Polacy nie zbombardowali Berlina?

Samoloty PZL.37 Łoś na lotnisku w Warszawie /domena publiczna

Reklama

Źle zaplanowana obrona kraju, fatalne dowodzenie, brak rozpoznania i łączności, słabe wyszkolenie żołnierzy, a to tego wiele głupich i krótkowzrocznych rozkazów marszałka Rydza-Śmigłego – to elementy, z których złożyła się szybka porażka Polski w wojnie obronnej 1939 roku. Amerykański historyk wojskowości Robert Forczyk w swojej książce „Fall Weiss. Najazd na Polskę 1939” potwierdza, na podstawie wnikliwej analizy dokumentów, to, co w Polsce od dawna wiemy, ale boimy się powiedzieć.

Wydawało się, że o kampanii wrześniowej 1939, napisano już wszystko. W Polsce ten temat brało na warsztat wielu wybitnych historyków, dowodząc, że walczyliśmy nieźle, broniliśmy się zajadle i zadaliśmy Niemcom nieproporcjonalnie duże straty w obliczu ich zdecydowanej przewagi ilościowej i jakościowej. Analizy klęski wrześniowej prowadzono zresztą już w czasie wojny, a jej sprawcy - czyli najwyższe dowództwo - miało po wojnie stanąć przed sądem.

Także Niemcy przeanalizowali przebieg wojny z Polską i już w roku 1940 roku, w czasie najazdu na Francję, naprawili błędy, które popełnili rok wcześniej na Kujawach i Mazowszu. Nie ma wątpliwości, że Niemcy fałszowali fakty o wrześniu 1939 roku, utrzymując, że Wojsko Polskie było słabe, poszło w rozsypkę już w pierwszych dniach kampanii, dowódcy uciekali na tyły na odgłos strzałów, a Niemców zatrzymywały nie polskie armaty, a wyłącznie kiepskie drogi i naturalne przeszkody terenowe.

Reklama

Niemcy są także autorami popularnego mitu o szarży polskich ułanów na niemieckie czołgi, do czego miało jakoby dojść pod Krojantami. Robert Forczyk demaskuje ten mit na łamach swej książki, wskazuje też kilka innych popularnych "prawd", które wydawały się niepodważalne, jak ta mówiąca, że kampania w Polsce była pierwszym zastosowaniem zasad "Blitzkriegu", czyli wojny błyskawicznej. Forczyk udowadnia, że wojna z Polską miała być - w planach Niemców - błyskawiczna, ale to się nie udało. Kampanie w takim stylu Niemcy przeprowadzili dopiero w czasie ataku na Danię i Norwegię oraz na Belgię, Holandię i Francję w 1940 oraz w latach późniejszych. Jego zdaniem wrzesień 1939 miał jeszcze charakter wojny konwencjonalnej, dość powolnej, choć zaskakujące manewry, zwroty i operowanie dużymi masami wojsk, w tym jednostkami pancernymi, już Niemcy stosowali.

Dobrzy piloci, złe planowanie

Forczyk nie rozjeżdża bezlitośnie Polski i polskiego wojska za przegraną w 1939 roku. Zauważa pojedyncze sukcesy, przypadki niezwykłego bohaterstwa, wyjątkowego kunsztu wojennego, dobrego dowodzenia i sukcesów np. w przypadku zatrzymania nieprzyjaciela na kilka dni przez małe jednostki, broniące kluczowych odcinków. Docenia też odwagę i wytrwałość obrońców Westerplatte i Helu, a także umiejętności polskich pilotów, którzy na słabszych technicznie PZL-7 i PZL-11 potrafili stawić czoła doskonałym Me-109 i Me-110 i zadać Luftwaffe spore straty.

Wskazuje jednak widoczne po polskiej stronie, bardzo liczne, a wręcz powszechne, przykłady braku wyszkolenia, niedostatecznego przygotowania, braku rozpoznania, błędnych decyzji dowódców średniego i wyższego szczebla, a przede wszystkim wiele błędów popełnionych jeszcze przed wrześniem 1939, gdy Polska przygotowywała plany wojny obronnej, dokonywała zakupów uzbrojenia za granicą. Przykładem takiej błędnej decyzji była budowa nowoczesnych bombowców PZL-37 Łoś, zamiast budowy lub zakupu myśliwców, których - jak się potem okazało - mieliśmy dużo za mało.

W Warszawie nie wiedziano, gdzie znajdują się sztaby wielkich jednostek, zatem nie można było do nich wysłać samolotów łącznikowych z rozkazami. Jerzy Łojek wskazywał, że rezygnacja z zakupu jednego niszczyciela typu "Błyskawica" pozwoliłaby na całkowite zaspokojenie potrzeb łącznościowych Wojska Polskiego. Zauważył, że "Błyskawica", "Burza" i "Grom" i tak się we wrześniu 1939 roku nie przydały, bo odpłynęły cichaczem do portów angielskich, o czym niemiecki wywiad doskonale wiedział.

Błyskawica odpłynęła błyskawicznie

Podobne refleksje ma Forczyk, który uważa, że obrona polskiego wybrzeża została fatalnie przygotowana, a operacja "Peking", czyli wycofanie trzech naszych niszczycieli do Wielkiej Brytanii nie było "mistrzowskim zagraniem taktycznym", ale wielkim błędem, w wyniku którego nasze najnowocześniejsze okręty nie użyły swoich dział i torped w obronie polskiego wybrzeża, za to później broniły wybrzeża norweskiego i angielskiego.

Niektóre błędy strategiczne i polityczne, które zauważył w swojej książce Forczyk, wskazał już zresztą, wiele lat temu, Jerzy Łojek w swojej epokowej pracy "Agresja 17 września 1939". Należy przy tym zauważyć, że polski historyk przygotował swoją rozprawę o Wrześniu jeszcze w latach komunizmu, gdy nie było tak łatwego, jak dziś dostępu do archiwów np. niemieckich, brytyjskich czy amerykańskich.

Jednak obaj ci historycy wskazują zgodnie, że jedną z przyczyn tak szybkiej porażki Polski w 1939 roku był fatalny system łączności Wojska Polskiego, który zresztą rozsypał się już w pierwszych dniach wojny. Po pierwsze, na szczeblu dywizyjnym występował powszechny brak radiostacji krótkiego i dalekiego zasięgu, po drugie łączność kablowa (telefoniczna i telegraficzna) została szybko przerwana, po trzecie Niemcy już 3 września przechwycili polskie szyfry, zdobyte w walkach z Armią "Kraków", które mogli potem wykorzystać.

Sztab Generalny przygotował co prawda nowe klucze szyfrowe tzw. wtórniki, ale były problemy z przekazaniem ich do jednostek, bo wiozące je samoloty łącznikowe były zestrzeliwane przez niemieckie lotnictwo. Zresztą także wtórniki wkrótce dostały się w ręce Niemców. Sytuację pogarszał wydany przez marszałka Śmigłego bezwzględny zakaz kontaktowania się przez radio lub przewodowo dowódców sąsiadujących ze sobą jednostek. By uzgodnić działania, musieli się oni spotkać osobiście!!! Brak radiostacji i zerwanie sieci łączności już w trzecim dniu wojny miało dalekosiężne skutki przez całą kampanię wrześniową.

Forczyk pisze też bardzo krytycznie o roli pięciu polskich okrętów podwodnych, których zakup był ogromnym wysiłkiem finansowym dla odrodzonego państwa polskiego. Tymczasem we wrześniu 1939 roku nie dokonały one niczego, przez cały czas kryjąc się pod wodą i odpływając coraz dalej od swoich macierzystych portów, których teoretycznie miały bronić. Nie przeprowadziły żadnych akcji ofensywnych, nie próbowały nawet zaatakować przestarzałego i powolnego pancernika Schleswig-Holstein! W Polsce za wielki sukces uważa się ucieczkę ORP Orzeł z portu w Tallinie, skąd okręt przepłynął bez map do Anglii, a nikt nie stawia pytań, dlaczego okręt ten, we wrześniu 1939, roku nie wystrzelił swoich torped przeciwko Kriegsmarine.

Uziemione Łosie, groźne 7TP

Forczyk pisze krytycznie o rozkazach dotyczących bombowców PZL37-Łoś, które - chociaż nowoczesne - były uziemione przez większą część kampanii wrześniowej, bo nie było pomysłu jak je użyć. Dowódca lotnictwa, generał Józef Zając, rozważał przez pewien czas możliwość wysłania kilku Łosi na bombardowanie pancernika Schleswig-Holstein, ale ostatecznie wycofał się z tego pomysłu w obawie o utratę tych cennych maszyn.

Ostatecznie Łosie i Karasie z Brygady Bombowej pułkownika Władysława Hallera przeprowadziły około 60 lotów bombardując niemieckie kolumny pancerne, ale Luftwaffe przechwyciła i zniszczyła aż 37 bombowców! Zbombardowanie i zatopienie, albo chociaż poważne uszkodzenie wielkiego pancernika Schleswig-Holstein, którego lokalizacja była Polakom znana, miałoby ogromne znaczenie propagandowe dla walczącego w okrążeniu Wojska Polskiego i naszych zachodnich sojuszników.

Jako powszechny błąd polskich dowódców Forczyk uważa niebronienie przepraw po wysadzeniu mostów. Polskim saperom zwykle udawało się wysadzić mosty przed nacierającymi jednostkami niemieckimi, ale most i jego okolice nie były później ostrzeliwane z dział, czy chociażby karabinów maszynowych. Pozwalało to niemieckim saperom spokojnie działać i odbudowywać mosty, przerzucać przeprawy pontonowe, albo poszukiwać brodów w rzece. W rezultacie takiego zaniedbania zerwany most był dla najeźdźcy przeszkodą najwyżej na kilka godzin, najdalej na jeden dzień.

W kampanii wrześniowej dobrze poradziły sobie polskie czołgi, szczególnie te najnowocześniejsze - 7TP, które, gdy już się pojawiły w odpowiednim miejscu, były w stanie podjąć równorzędną walkę z każdym typem ówczesnego czołgu niemieckiego, a tym starszym: PzKpfw I i PzKpfw II zadawać dotkliwe straty. Jednak błędem polskiego dowództwa było rozproszenie broni pancernej, zamiast rozmieszczenia czołgów i tankietek w dużych zgrupowaniach na najważniejszych odcinkach obrony. Podobnie zresztą było z lotnictwem, Forczyk krytykuje rozproszenie sił powietrznych i przydzielenie dywizjonów myśliwskich do poszczególnych armii, a potem - już w toku walk - cofnięcie tego rozkazu i wycofanie samolotów do dyspozycji SG, by użyć ich na masową skalę.

W rezultacie tych chaotycznych poczynań i rozkazów marszałka Rydza-Śmigłego większość armii oddała i szybko straciła swoje lotnictwo, zachował je jedynie generał Tadeusz Kutrzeba, dowódca Armii "Poznań", który tego rozkazu po prostu nie posłuchał, dzięki czemu zachował kilkanaście myśliwców i mógł je potem wykorzystać w czasie zwrotu zaczepnego zwanego bitwą nad Bzurą.

Opisując przebieg i skutki tej bitwy Forczyk chwali Wojsko Polskie za umiejętność opanowania sytuacji i przygotowanie kontrofensywy w sytuacji masowego odwrotu wojsk i absolutnego panowania w powietrzu lotnictwa niemieckiego. Zauważa też, że 10-dniowa bitwa nad Bzurą była największym i najbardziej udanym alianckim przeciwuderzeniem przeprowadzonym w ciągu dwóch pierwszych lat wojny. Dla porównania francuskie uderzenie pod Arras w maju 1940 trwało cztery godziny.

Zbrodnie wojenne od 1 września

Forczyk w swojej książce nie oszczędza strony niemieckiej. Kilkakrotnie wskazuje przykłady, że już od pierwszych godzin wojny Niemcy dokonywali zbrodni wojennych, dokonując ataków i mordując ludność cywilną, a także rozstrzeliwując jeńców. Dokonywały tego zresztą jednostki regularnego Wehrmachtu, a nie oddziały SS, które w kampanii wrześniowej stanowiły mniej niż 2 proc. sił niemieckich i z regularnymi oddziałami polskimi walczyły bardzo nieudolnie. Np. dwie grupy bojowe pułku SS "Deutschland" nie zdołały zdobyć wsi Uniszki Zawadzkie pod Mławą.

Autor "Najazdu na Polskę" wskazuje też przykłady nieudolności dowódczej po stronie niemieckiej, gdyż w pierwszej połowie września nawet słynni później generałowie: Guderian, Kempf, Kluge zatrzymywali się na długo ze swymi elitarnymi jednostkami przed liniami polskich bunkrów, schronów lub dobrze przygotowanych pozycji polowych. W tej sytuacji zwykle działał manewr dwustronnego oskrzydlenia, ale jak się okazuje, nie wszyscy niemieccy dowódcy już go opanowali. Niemcom zdarzały się też wielokrotnie postoje nad brzegami większych rzek, na których polscy saperzy zniszczyli mosty. Dość oczywisty w warunkach wojennych fakt, że mosty się wysadza, był widać zaskoczeniem dla niemieckich sztabowców. Jednostki mostowe były zwykle gdzieś daleko na tyłach i docierały za późno. Niemcy jednak uczyli się na błędach i we Francji już go popełnili, umieszczając saperskie jednostki mostowe bliżej linii natarcia.

Wśród wielu wniosków nasuwających się po lekturze "Fall Weiss. Najazd na Polskę 1939" jest m.in. taki, że terytorium naszego kraju było dla Niemców ogromnym poligonem, gdzie sprawdzili w praktyce swoje założenia taktyczne i strategiczne. Udoskonalili też te elementy, których w warunkach pokojowych nie można było w pełni opanować np. łączność jednostek lądowych z powietrznymi i wzywanie wsparcia w postaci punktowego bombardowania na linii frontu.

Nauczyli się też wykonywać zaskakujące manewry obejścia i oskrzydlenia uporczywie bronionych pozycji czy wysyłania najsilniejszych i najlepiej uzbrojonych jednostek w punkty styku odcinków obrony. To wszystko posłużyło potem do doskonalenia i wdrożenia taktyki "Blitzkriegu" na wszystkich frontach w Europie i Afryce Północnej. Robert Forczyk, amerykański historyk, wskazuje nam także kilku bohaterów, których nazwiska powinny być szerzej znane w kraju nad Wisłą. Może to być np. kapral Leonard Żłób, który pod Mokrą zniszczył ze swojego działka 14 niemieckich czołgów.

Paweł Szymański- Autor ukryty pod pseudonimem, pisze o historii militarnej XX wieku, tajnych i nietypowych broniach, akcjach specjalnych, szpiegostwie, kryptologii i Enigmie. Ulubione zagadnienia: Powstanie Warszawskie'44, Poznań'45, Kostrzyn'45, Berlin'45

Ciekawostki Historyczne
Dowiedz się więcej na temat: Berlin | 1939 | bombardowanie

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy