Reklama

Seks? Jaki seks?

12 lat temu, 26 stycznia 1998 r., Bill Clinton zarzeka się, w transmitowanym na cały kraj, telewizyjnym wystąpieniu, że nie uprawiał seksu z Moniką Lewinsky. Zdania co do tego, czy prezydent USA kłamał, są podzielone do dziś...

W 1995 r., 22-letnia wówczas Monika Lewinsky skończyła naukę psychologii w prywatnym college'u w Portland, w stanie Oregon i rozpoczęła staż w Białym Domu. Szybko dostrzeżono, że jest ambitnym i sumiennym pracownikiem. Po wakacyjnym, bezpłatnym stażu zaproponowano jej, by została na dłużej.

Ucieczka na drugi koniec kraju

Urodzona w San Francisco Monika zapał do ciężkiej pracy i łatwość nawiązywania kontaktów odziedziczyła po rodzicach. Jej ojciec jest znanym na Zachodnim Wybrzeżu USA onkologiem. Przyszedł on na świat na Salwatorze, w rodzinie żydowskich emigrantów z Niemiec. Matka, z pochodzenia rosyjska Żydówka, jest pisarką. Ich rozwód ponoć tak wpłynął na Monikę, że postanowiła przenieść się na drugi koniec kraju, gdzie skończyła studia oraz rozpoczęła praktyki w Białym Domu.

W trakcie stażu bardziej niż papierkami interesowała się prezydentem USA. Osoba Billa Clintona pochłonęła ją aż tak bardzo, że opiekunowie praktyk postanowili przenieść ją do Pentagonu. Uważali bowiem - słusznie jak się okazało - że Monika spędza zbyt dużo czasu z Clintonem. W trakcie 1,5 rocznego stażu relacje Moniki z prezydentem stały się na tyle bliskie, że nawet po przeniesieniu z Białego Domu panna Lewinsky dalej była częstym gościem prezydenckiego gmachu przy Pennsylvania Avenue w Waszyngtonie.

Reklama

Plamy na niebieskiej sukience

Od października 1995 r. do marca 1997 r. między Moniką Lewinsky a Billem Clintonem doszło do - jak to oficjalnie określono - 9 stosunków seksualnych. W skrócie: seksu oralnego. Prezydent USA twierdzi jednakże, że zbliżeń między nim a Moniką było osiem. Najsłynniejszy takie "zbliżenie" miało miejsce 28 lutego 1997 r. niedaleko Gabinetu Owalnego, czyli oficjalnego miejsca pracy prezydenta USA. To właśnie wtedy na niebieskiej sukience panny Lewinsky została sperma Clintona...

Za namową koleżanki

Romansująca z prezydentem Monika, pod wpływem koleżanki Lindy Tripp, zaczęła zbierać dowody małżeńskiej niewierności Clintona. Oprócz licznych prezentów od prezydenta, kaset z nagraniami ich rozmów, była to także poplamiona niebieska sukienka, której panna Lewinsky nie wyprała po akcji z 28 lutego. Taśmy zostały przekazane prokuratorowi Kennethowi Starrowi oraz dziennikarzom. Upubliczniono je w drugiej połowie stycznia 1998 r.

21 stycznia o seks-skandalu napisał po raz pierwszy "The Washington Post". I wtedy się zaczęło... cała Ameryka huczała od plotek i domniemywań, co właściwie zdarzyło się w Białym Domu. Atmosferę podkręcał sam Clinton, który odnosił się do sprawy co najmniej dziwnie - zdawkowo dementując, co rusz wyciekające, kolejne sensacje. Dopiero po pięciu dniach od wybuchu skandalu, mając u boku żonę, mówił na konferencji prasowej w Białym Domu:

"Chcę powiedzieć Amerykanom jedną rzecz. Chcę byście mnie posłuchali. Powiem to raz jeszcze: Nie miałem stosunków seksualnych z tą kobietą, panną Lewinsky. Nikogo nie zachęcałem do kłamstwa, ani razu, nigdy. Te zarzuty są nieprawdziwe. Teraz muszę wracać do pracy. Dziękuję".

A wyglądało to tak:

Zdecydowane dementi prezydenta nie zakończyło sprawy. Prokurator Kenneth Starr już o to zadbał - sumiennie przesłuchując świadków oraz strony. Clintonowi udowodniono mówienie nieprawdy, gdyż pod przysięgą zaznał, że nie utrzymywał stosunków seksualnych z Moniką Lewinsky. Jak tłumaczył - w jego rozumieniu - seks oralny nie jest stosunkiem płciowym.

Jednak w telewizyjnym wystąpieniu z 17 sierpnia 1998 r. prezydent przyznał, że miał "niewłaściwe stosunki fizyczne" z Moniką Lewinsky. Proces zakończył się dla Clintona skazaniem za kłamstwo pod przysięgą, co skutkowało zawieszeniem prawa do wykonywania zawodu prawnika w rodzinnym stanie Arkansas, który następnie został przez Sąd Najwyższy rozszerzony na cały kraj oraz grzywną 90 tys. dolarów - wpłaconą na cele charytatywne.

Skutki... przyjemnych chwil

Pokrętne tłumaczenie i udowodnione kłamstwo wystarczyło, by rozpocząć procedurę odwołania Clintona ze stanowiska prezydenta. Trwająca 21 dni rozprawa w Senacie zakończyła się pomyślnie dla Billa Clintona. Został on oczyszczony z zarzutów oraz zachował urząd. A sam seks-skandal bardziej mu się przysłużył niż był gwoździem do jego politycznej trumny - Amerykanie, po prostu, bardziej polubili swojego prezydenta.

Pewnie dlatego, że poczuli, iż jest jednym z nich. Clinton od początku sprawy zaprzeczał bowiem, że między nim a Moniką Lewinsky coś było. Jak argumentował: seks oralny, to nie seks. A tak samo, jak Clinton - przed wybuchem "Lewinskygate" - uważało przeszło 60 proc. młodych Amerykanów. Po głośnym seks-skandalu odsetek ten spadł... ale tylko nieznacznie.

MW

INTERIA.PL
Dowiedz się więcej na temat: USA | prezydent | Bill Clinton | Clinton | seks

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy