Reklama

Ćwiczymy zwycięstwo, a nie klęskę

Najpierw nad lasem pojawiły się CASY, a zaraz za nimi nadleciały Herculesy. Chwilę później na niebie zaroiło się od dziesiątek spadochronów. Z siedmiu samolotów wyskoczyło ponad pięciuset żołnierzy. Tak licznego desantowania w polskim wojsku nie pamiętają nawet najstarsi oficerowie.

Wojna między wyimaginowaną Wislandią, a równie zmyślonym sojuszem Barii i Mondy wybuchła na początku maja. Choć konflikt narodził się w głowach wojskowych strategów, to udział w niej wzięli najprawdziwsi żołnierze - spadochroniarze z 6. Brygady Powietrznodesantowej w Krakowie. I to w niespotykanej od ponad 20 lat liczbie 505 skoczków.

Niby wojna naprawdę

Oficerowie przygotowujący ćwiczenia pod kryptonimem PUMA 2011, które przeprowadzono w ubiegłym tygodniu na poligonie w Nowej Dębie, założyli, że dwa państwa zaatakowały Wislandię z pobudek polityczno-gospodarczych. Ta musiała bronić swojego terytorium.

Jak nietrudno się domyśleć, Wislandia jest alter ego Polski, więc scenariusz obrony kraju przed agresorem idealnie wpisywał się w wojenne przeznaczenie spadochroniarzy z Krakowa.

Wojskowi uznali, że konflikt z Barią i Mondą był na tyle poważny, że wymagał użycia znacznych sił. Zgodnie z scenariuszem ćwiczeń, zadanie opanowania skrzyżowania ważnych szlaków komunikacyjnych, utworzenie tzw. przyczółka desantowego i utrzymanie go aż do nadejścia głównych sił lądowych powierzono 16. Batalionowi Powietrznodesantowemu wchodzącego w skład 6. Brygady. Choć konflikt był wyssany z palca, to ćwiczenia były jak najbardziej realne.

Reklama

- Ćwiczenie batalionowe jest ćwiczeniem kulminacyjnym, które ma udowodnić zdolność jednostki do działania - wyjaśnia płk Tomasz Piekarski, zastępca dowódcy 6. Brygady Powietrznodesantowej. By to sprawdzić, z kliku samolotów należało zrzucić kilkuset spadochroniarzy oraz klika ton sprzętu.

Spadochroniarska awangarda

Desantowanie tak dużej liczby skoczków wymaga odpowiedniego przygotowania. - To nie jest tak, że wchodzimy na odpowiednią wysokość, wyrzucamy skoczków i oni sobie spadają - mówi mjr Krzysztof Dzido, pilot samolotu transportowego CASA C-295, z którego zazwyczaj desantowanych jest 30 spadochroniarzy. - Gdybyśmy mieli zrzutowisko jak poligon w Astrachaniu, to moglibyśmy latać jak chcemy, rzucać 90 skoczków i tak byśmy się zmieścili - dodaje mjr Dzido.

W Polsce aż takich wielkich otwartych przestrzeni jak na południu Rosji nie ma, więc wybór miejsca zrzutu spadochroniarzy jest kluczowy. Tym zajmują się specjaliści - żołnierze z tzw. grupy awangardowej zabezpieczenia desantowania. Są oni przerzucani poza linię wroga przed zrzutem głównego desantu. Najczęściej towarzyszą im żołnierze z grup rozpoznawczych.

- Moim głównym zadaniem jest ocena zrzutowiska pod względem meteorologicznym oraz taktycznym. Sprawdzam, czy dany zrzut może dojść do skutku oraz czy w ogóle sensowne jest przyjmowanie w konkretnym miejscu jakiegokolwiek wojska w celu wykonaniu zadania - tłumaczy chor. Zbigniew Haczyk, dowódca pierwszej sekcji zabezpieczenia desantowania.

To właśnie on był bezpośrednio odpowiedzialny za przyjęcie desantu pół tysiąca spadochroniarzy. W czasie ćwiczeń zadanie miał nieco ułatwione, bo spadochroniarze dobrze znają zrzutowisko w Nowej Dębie. Gdyby jednak trwała prawdziwa wojna, miejsce do desantowania zostałoby wybrane na podstawie mapy. Wówczas chor. Haczyk musiałby w rzeczywistości sprawdzić, czy faktyczna ocena zrzutowiska pokrywa się z tym, co ustalono w sztabie. W przypadku, gdyby miał jakiekolwiek zastrzeżenia do zrzutowiska, desant zostałby przeniesiony na jedno z awaryjnych miejsc, również wskazanych na podstawie mapy podczas planowania operacji.

"Zrzut, zrzut, zrzut"

Siedmioosobowy oddział młodego chorążego, w skład którego wchodzi m.in. meteorolog, dostał się na teatr działań wojennych dzień przed zaplanowanym desantowaniem masowym. Spadochroniarze zostali przerzuceni razem ze zwiadowcami (mieli oni rozpoznać obiekty będące celem sił głównego desantu) dwoma samolotami CASA.

Zobacz, jak wygląda desantowanie pół tysiąca spadochroniarzy:

Po skoku z wysokości 4 tysięcy metrów żołnierze wylądowali na zrzutowisku odległym o kilka kilometrów od miejsca wybranego na przyjęcie 500 spadochroniarzy. Gdy tam dotarli, przez całą noc pilnowali, by przeciwnik, w rolę którego wcielili się ich koledzy z jednostki, nie uniemożliwił dokonania zrzutu.

Wreszcie krótko po godzinie 16. nisko nad lasem pojawiła się para samolotów CASA z 8. Bazy Lotnictwa Transportowego w Krakowie. Samoloty leciały na wysokości 300 metrów. Gdy zbliżyły się do wyznaczonego miejsca desantowania, jeden z żołnierzy z sekcji zabezpieczenia odpalił świecę dymną, a chor. Haczyk podawał pilotom ostatnie poprawki kursu, prowadząc maszyny dokładnie nad zrzutowisko.

- Najpierw podaję załogom warunki atmosferyczne panujące nad zrzutowiskiem: średni kierunek i średnią prędkość wiatru w strefie, prędkość wiatru przy ziemi, zniesienie liniowe, ciśnienie oraz współrzędne geograficzne. Jeżeli piloci to wszystko zanotują, meldują, że wchodzą na drogę bojową do zrzutu i ja ich prowadzę, czyli podaję komendy: "dziesięć stopni w prawo", "dziesięć stopni w lewo", "przygotować się do zrzutu", "zrzut, zrzut, zrzut" i... oni rzucają - opisuje bez emocji przebieg desantowania chor. Haczyk.

Prawie jak "Burza Październikowa"

Kilkadziesiąt sekund po pierwszej parze samolotów CASA nad zrzutowisko nadleciała kolejna dwójka, a za nią jeszcze jedna maszyna. Z powodu ograniczonej wielkości terenu do bezpiecznego desantowania, przy każdym najściu z samolotów wyskakiwała tylko połowa skoczków. Przez kilka minut niebo nad poligonem pełne było spadochronowych czasz - kiedy jedni skoczkowie zdążyli już wylądować, następni dopiero wyskoczyli z samolotów.

Gdy z CAS desantowali się wszyscy skoczkowie, nad zrzutowisko nadciągnęły dwa samoloty C-130E Hercules z 33. Bazy Lotnictwa Transportowego z Powidza. Oprócz żołnierzy zrzucono z nich także niezbędne spadochroniarzom wyposażenie: broń, amunicję oraz żywność.

Kiedy pierwszy rzut żołnierzy wykonywał już od kilku kwadransów zadania bojowe, nad zrzutowisko po raz kolejny nadciągnęło 7 samolotów: 5 CAS i 2 Herculesy. W ten sam sposób, jak poprzednio desantowano z nich żołnierzy i zaopatrzenie. Tym samym, w ciągu niespełna trzech godzin Siły Powietrzne zrzuciły pięciuset spadochroniarzy i kilkaset kilogramów zaopatrzenia.

Ćwiczącym żołnierzom konieczne zaopatrzenie zostało zrzucone jeszcze następnego ranka z samolotu Hercules.

Zobacz, jak wyglądał skok z samolotu C-130E Hercules podczas ćwiczeń PUMA 2011:

Od ponad dwudziestu lat polskie wojska powietrznodesantowe nie ćwiczyły z takim rozmachem. Nawet najstarsi żołnierze nie potrafili dokładnie powiedzieć, kiedy ostatni raz desantowano aż tylu ludzi. - To chyba było podczas "Burzy Październikowej" - dało się słyszeć głosy oficerów wspominających wielkie ćwiczenia Układu Warszawskiego przeprowadzone jesienią 1965 r. w NRD. Wówczas spadochroniarze skakali aż ze 140 samolotów...

Przełomowe desantowanie

Dziś na desantowanie z rozmachem godnym poprzedniej epoki nie pozwoliłoby sobie żadne, nawet najbogatsze, państwo. Niemniej zrzut pół tysiąca spadochroniarzy w polskich warunkach jest niecodziennym wydarzeniem. Jak oceniają wojskowi, stanowi on punkt przełomowy, tak dla wojsk powietrznodesantowych, jak i Sił Powietrznych.

- To ćwiczenie jest postawieniem kropki nad "i" jeżeli chodzi o transformację brygady, proces przejścia z brygady desantowo-szturmowej do powietrznodesantowej - uważa płk Tomasz Piekarski. - W tym czasie wypracowaliśmy wiele rozwiązań, systemów, procedur, które tutaj zostały sprawdzone w praktyce. Możemy powiedzieć, że już teraz został osiągnięty efekt transformacji - dodaje zastępca dowódcy 6. Brygady Powietrznodesantowej.

Zdaniem płk. Piekarskiego, przeprowadzenie takiego masowego zrzutu ludzi i sprzętu jest znaczącym wydarzeniem także w działaniach wykonywanych przez Siły Powietrzne. - Nigdy nie przeprowadzano desantu w tak dużej formacji i w tak skomplikowanych układach. Nigdy jeszcze CASY nie leciały w tak wąskim ugrupowaniu, a zaraz po nich wchodziły do akcji Herculesy - mówi płk Piekarski chwaląc lotnictwo transportowe za zaangażowanie w przeprowadzenie ćwiczeń.

Skoki to nie wszystko

Choć zrzucenie dokładnie 505 spadochroniarzy i 42 stukilogramowych zasobników transportowych ZT-100 z siedmiu samolotów było najbardziej widowiskowym akcentem w wyimaginowanej wojnie, to nie było jedynym zadaniem ćwiczących w Nowej Dębie żołnierzy.

- Desantowanie jest najbardziej spektakularnym elementem ćwiczeń, ale jest to tylko środek dotarcia do dalszego działania - mówi płk Tomasz Piekarski. - Żołnierze wykonują zadania taktyczne, opanowują obiekty, likwidują przeciwnika i budują przyczółek desantowy, czyli przechodzą do obrony. Czekają aż połączą się z wojskami własnymi, które idą na spotkanie z desantem - wyjaśnia scenariusz ćwiczeń zastępca dowódcy 6. Brygady.

Kiedy obie siły połączyły się, żołnierze przeprowadzili zmasowany ostrzał pozycji przeciwnika. Strzelali z wszystkiego, co znajduje się na stanie batalionu: broni ręcznej, granatników przeciwpancernych, moździerzy kal. 98 mm, a nawet przeciwpancernych pocisków kierowanych "Spike".

A czy zmasowane siły spadochroniarzy pokonały ostatecznie przeciwnika? - Oczywiście. Nie trenujemy porażki. Przygotowujemy się tak, by zwyciężyć na wojnie - ucina roześmiany płk. Piekarski.

INTERIA.PL
Dowiedz się więcej na temat: oficerowie | ćwiczenia | ćwiczenie | hercules | CASA | spadochroniarze | Wojsko Polskie

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy