Reklama

Miecznik. Czy polskie stocznie podołają budowie?

Otrzymane od Amerykanów fregaty OHP nie będą służyły wiecznie. Dziś w gotowości jest jedynie ORP "Gen. Kazimierz Pułaski" / Łukasz Dejnarowicz /Agencja FORUM

Reklama

MON planuje podpisać umowę na budowę fregat do końca półrocza. Jest to niezwykle optymistyczne zważywszy, że nie ma nawet zatwierdzonych wizualizacji, ani wybranego partnera zagranicznego. Jakby tego było mało, resort nie bierze pod uwagę braku zdolności polskich stoczni do budowy okrętów wojennych. Dotychczasowe doświadczenia pokazały, że miliony są wyrzucane w błoto, a efekty są mierne.

Minister Mariusz Błaszczak zapowiedział, że do końca półrocza 2021 roku zostanie wybrany partner zagraniczny i podpisana umowa na budowę trzech okrętów - prototypu i dwóch jednostek seryjnych. Okręty mają być budowane przez polską stocznię przy współpracy z zagranicznym kontrahentem, który ma podzielić się wiedzą, doświadczeniem i prawdopodobnie planami stoczniowymi.

Jest to niezwykle wymagający i krótki termin, zważywszy na średni czas prowadzenia negocjacji w tak dużych i drogich programach. Przed rozpoczęciem budowy przyszłego ORP "Ślązak" negocjacje prowadzono przez trzy lata. Mając przy tym konkretną wizję.

Reklama

Po tym czasie dokonano zakupu dokumentacji oraz licencji na budowę okrętu w Polsce. Sama dokumentacja okrętu i dostosowanie jej do polskich warunków, jak mówi się nieoficjalnie, kosztowały prawdopodobnie ok. 20 mln złotych.

Jak się później potoczyła historia tego okrętu wiedzą niemal wszyscy. Stał się symbolem nie tylko politycznej nieudolności, ale też bezsilności polskich stoczni i ignorancji wyższych oficerów Marynarki Wojennej.

Nawet państwa doświadczone w budowie okrętów, tego typu kontrakty przygotowują latami. Takie tempo prac nad umową jest niezwykłe w skali światowej. Polski resort obrony jest jednak przekonany, że terminy są realne.

Dmuchanie balonika

Jest to zaskakujące podejście. Tym bardziej, że polskie stocznie nie słyną z terminowości. Również w przypadku priorytetowych programów, jak flagowy projekt ministra gospodarki morskiej i żeglugi śródlądowej, Marka Gróbarczyka. Niedługo miną cztery lata od hucznej uroczystości w Szczecinie.

- Tak jak polscy armatorzy potrzebują, według różnych szacunków, od 6 do 10 nowych promów, aby skutecznie konkurować z zagranicznymi firmami, tak polska gospodarka potrzebuje inteligentnej reindustrializacji. Widzimy w tym procesie miejsce dla polskiego przemysłu okrętowego - mówił ówczesny wicepremier, Minister Rozwoju i Finansów, Mateusz Morawiecki.

- Zapowiedziana w Strategii na rzecz odpowiedzialnego rozwoju produkcja wyspecjalizowanych jednostek o wysokiej wartości dodanej staje się faktem. Batory znów wypływa na szerokie wody - dodawał

Program Batory nie wypłynął nie tylko na szerokie wody, ale nawet na kałużę. Prom miał mieć długość 202,4 m i szerokość 30,8 m. Jednostka miała przewozić około 400 pasażerów i 70 członków załogi. Pierwszy statek planowano zwodować w 2019 roku, a rok później przekazać armatorowi. Jak wygląda sytuacja dziś?

Ministerstwo nabrało wody w usta, udaje, że problemu nie ma i odpowiada jedynie na interpelacje poselskie i senatorskie. Robi to tylko przyciśnięte do ściany. Dzięki temu opinia publiczna mogła się dowiedzieć, że nowe jednostki pojawią się do 2023 roku, ale trzeba przedefiniować potrzeby i plany. Dotychczas stępka rdzewiejąca w Szczecinie kosztowała podatników 12,5 mln złotych.

Stoczniowa niemoc

Jeszcze gorzej jest w sytuacji, gdy budowane są bardziej skomplikowane jednostki. Ostatnio przekonali się o tym Szwedzi. Budowa okrętu wywiadu radioelektronicznego dla Szwecji była rozpoczynana z wielką pompą, a przedstawiciele Stoczni Wojennej podkreślali wzajemne zaufanie. Okręt miał być zbudowany do 2020 roku i stać się trampoliną do opanowania nowych rynków. W lutym tego roku nieukończony kadłub został odholowany do stoczni Saaba.

- Przede wszystkim szkoda zmarnowanej szansy dla polskiego przemysłu, który mógł rozwijać współpracę ze Szwedami, zwłaszcza w kontekście informacji dotyczących zakupu używanych okrętów podwodnych typu A17, które będą wymagały prac remontowych - mówi Jakub Link-Lenczowski, wydawca magazynu MilMag. 

Ta szansa znika raz za razem. Nie tylko w przypadku budowy okrętów, ale i najprostszych remontów. Stocznia Remontowa Gryfia S.A. w 2018 roku podpisała wartą 90 mln zł. umowę na remont okrętu transportowo-minowego ORP "Lublin". Remont miał trwać rok.

"W 2020 r. zamawiający naliczył kary umowne za nieterminowe zakończenie prac 1 podetapu III etapu, w kwocie 558 352,02 zł. Wartość ta została potrącona od wartości faktury za realizację zakresu prac zawartych w ww. podetapie" - informował posłów wiceminister Wojciech Skurkiewicz. Dodawał przy tym, że  prace naprawcze powinny się zakończyć do 15 marca 2021 roku. Okręt nadal nie został oddany Marynarce Wojennej.

Nie lepiej jest w innych przypadkach. Od 2017 roku konsorcjum Stoczni Remontowej Nauta oraz Stoczni Marynarki Wojennej prowadzą remont ORP "Piast" o wartości 63,3 mln złotych. Z kolei ORP "Orzeł" nadal operuje bez sprawnego uzbrojenia, ponieważ Komenda Portu Wojennego w Gdyni nie możne znaleźć wykonawcy remontu. W przypadku "Orła" ta epopeja trwa od lat i okręt nigdy nie doczekał się kompleksowej modernizacji.

Sprinterskie tempo

Tymczasem MON planuje nie tylko skończyć negocjacje z zewnętrznym partnerem, ale przygotować kontrakt i go podpisać w przeciągu kilku miesięcy. Tym bardziej, że już na starcie wyjaśnienia ministra okazały się niespójne. Pod koniec marca w wywiadzie dla "Polski Zbrojnej" mówił, że:

"To resort obrony narodowej dokona oceny możliwych wariantów współpracy wykonawcy z partnerem zagranicznym. Priorytetem będzie tu właśnie gwarancja wyboru najlepszej oferty z punktu widzenia użytkownika, czyli marynarki wojennej, która określiła już swoje wymagania".

W zaledwie kilka tygodni później na antenie Polsat News mówił, że "partner jest jeszcze nie wybrany. Te działania podjął PGZ, czyli Polska Grupa Zbrojeniowa. Wszystko jest przygotowane do tego, żeby znaleźć najlepszą formułę".

Nadal niczego nie można być pewnym, jeśli o szczegóły programu. Wiadomo, że "w projekcie przewidziane są systemy artyleryjskie oraz rakiety zdolne do rażenia zarówno celów nawodnych, jak i lądowych, ale określenie ostatecznej konfiguracji i wyposażenia okrętów nastąpi w toku prowadzonego postępowania". Czyli wiadomo, że powstanie okręt.

Pewnym jest, że ofertę współpracy złożyły cztery z pięciu lub sześciu zaproszonych podmiotów. Teraz Polska Grupa Zbrojeniowa i MON mają dwa miesiące na wybranie najkorzystniejszej oferty. Dwa miesiące! Tempo iście sprinterskie!

Realizm ponad wszystko

Czy można patrzeć z optymizmem na obietnice ministerstwa? Dotychczas nie szło to PiS-owi najlepiej - odwołano przetarg na śmigłowce ZOP i SAR i kupiono zaledwie cztery sztuki AW101 w wersji niespotykanej nigdzie na świecie.

Odwołano kolejny przetarg na okręty podwodne w programie Orka, a potem przesunięto program na przyszłą dekadę. Obecnie Ministerstwo Obrony Narodowej, zamiast rozpocząć program zakupu w rzeczywistości zamierza nabyć jedną używaną jednostkę, drugą zaś w ramach ewentualnej opcji. A i to nie jest pewne, ponieważ rozmowy ze Szwedami utknęły w martwym punkcie.

W końcu, kiedy pojawiło się światełko w tunelu i szansa pierwszy znaczący sukces PiS na polu modernizacji Marynarki Wojennej, czyli zakup australijskich "Adelaide", wewnętrzne rozgrywki partyjne spowodowały rezygnację z kontraktu. Stało się to po ponad dwóch latach negocjacji.

Jedyne, z czego można było się cieszyć, to podpisanie, przygotowanej przez rząd PO-PSL umowy na budowę kolejnych niszczycieli min typu Kormoran II.

Kiedy Antoni Macierewicz obejmował stanowisko ministra Obrony Narodowej w rządzie Prawa i Sprawiedliwości powiedział, że "Cały obraz tego co zrobiono z wojskiem polskim jest tragiczny". Obraz nie był faktycznie dobry, bo lata zaniedbań ministrów z czasów pierwszego rządu PiS i koalicji PO-PSL dawały się we znaki. Tymczasem zamiast naprawić sytuację, wprowadzono całkowity chaos zakupowy.

Min. Błaszczak chwali się, że "wyznaczenie (...) takiego terminu ma być czynnikiem motywującym dla wszystkich stron, ale też sygnałem, że nie mamy więcej czasu na odkładanie na później spraw marynarki wojennej". Podkreślił także, że finansowanie programu jest zapewnione, a polskie stocznie są w stanie zbudować jednostki tego typu. Pamiętając perypetie polskich stoczni, trzeba przyznać, że patrzy na przyszłość z ogromnym optymizmem.

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy