Reklama

Miecznik. Umowa podpisana, szczegółów brak

Nowe okręty w przyszłości zastąpią dwie fregaty typu Oliver Hazard Perry /Tomasz Bolt / Polska Press /East News

Reklama

​Mariusz Błaszczak obiecał, że umowa na Mieczniki zostanie podpisana do końca czerwca. Z miesięcznym opóźnieniem, bez przetargu i wielką pompą podpisano umowę na budowę jednej fregaty i dwóch kolejnych w ramach opcji. Nadal nie wiadomo, jak te okręty będą wyglądały.

Konferencja ministra obrony miała rozpocząć się o 11.00. Kwadrans po wyznaczonej godzinie MON poinformował, że jednak odbędzie się o 13.00. Plany Mariusza Błaszczaka popsuła pogoda. Udało się jednak podpisać umowę pomiędzy Inspektoratem Uzbrojenia i Konsorcjum PGZ-Miecznik. 

Konsorcjum, które ma zbudować okręt utworzyły Polska Grupa Zbrojeniowa wraz ze Stocznią Wojenną i stocznią Remontową Shipbuilding S.A. Nadal jednak nie wybrano zagranicznego kooperanta, który miałby udostępnić dokumentację projektową.

Liderem konsorcjum jest Stocznia Wojenna. Ta sama, która jako Stocznia Marynarki Wojennej przez 18 lat budowała "Ślązaka", która nie poradziła sobie z budową kadłuba dla szwedzkiego okrętu rozpoznawczego i, w której nie poradzono sobie z remontem OORP "Piast" i "Orzeł". Ten pierwszy stoi w stoczni od 2017 roku. Nie może dziwić, że marynarze mają szereg wątpliwości.

Reklama

Minister zapowiedział, że "budowane będą jednostki duże, które stanowić będą na Bałtyku dużą siłę". Będą one także wykorzystywane w misjach pod egidą NATO. Co ważne ma to być największy kontrakt w historii polskiego przemysłu zbrojeniowego.

Do końca listopada 2021 roku mają być przygotowane trzy koncepcje budowy okrętu. Na przełomie roku 2021 i 2022 ma zostać wybrany projekt i rozpisany kosztorys. Pierwszy okręt ma być gotowy w 2025 roku. 
 

Fregaty dla Polski

Program Miecznik rodził się w wielkim chaosie. Minister Mariusz Błaszczak narzucił wręcz sprinterskie tempo prac nad nowymi fregatami, choć nawet sami marynarze nie wiedzą, jak ma wyglądać nowa jednostka. W wywiadzie dla "Polski Zbrojnej" mówił, że:

"To resort obrony narodowej dokona oceny możliwych wariantów współpracy wykonawcy z partnerem zagranicznym. Priorytetem będzie tu właśnie gwarancja wyboru najlepszej oferty z punktu widzenia użytkownika, czyli marynarki wojennej, która określiła już swoje wymagania".

W zaledwie kilka tygodni później na antenie Polsat News mówił, że "partner jest jeszcze nie wybrany. Te działania podjął PGZ, czyli Polska Grupa Zbrojeniowa. Wszystko jest przygotowane do tego, żeby znaleźć najlepszą formułę".

W dodatku, jak zwykle w przypadku resortu pod rządami PiS, wszystko zostało utajnione. Wręcz do granic absurdu. Nadal niczego nie można być pewnym.

Wiadomo, że "w projekcie przewidziane są systemy artyleryjskie oraz rakiety zdolne do rażenia zarówno celów nawodnych, jak i lądowych, ale określenie ostatecznej konfiguracji i wyposażenia okrętów nastąpi w toku prowadzonego postępowania". Czyli wiadomo, że powstanie okręt.

Dopiero długo po zakończeniu konferencji zaczęły wypływać ogólne informacje. Do finału trafiły projekty stoczni z Wielkiej Brytanii, Hiszpanii i Niemiec. Całość kontraktu wraz  z jednostkami ognia i pakietem logistycznym ma wynieść 8 mld złotych brutto. Co jest kwotą zaskakująco niską. Jest wręcz pewne, że ona znacznie urośnie. Zwłaszcza w perspektywie szalejącej inflacji.

Wątpliwości

Wojskowi w prywatnych rozmowach krytykują pomysły ministerstwa. Głównie za brak przejrzystości. Kupowanie z półki, bez przetargu, bez offsetu albo z symbolicznym, stało się normą. Dodają, że brak jest jakiejkolwiek spójnej strategii. 

"Zakupy są robione, jakby dziecko wchodziło do sklepu z zabawkami. Im bardziej kolorowe opakowanie, tym chętniej wkłada się do koszyka". Jak w przypadku zakupu tureckich dronów i Abramsów. Mimo że trwają polskie programy, na które wydawane są setki miliardów, MON bez zastanowienia kupił sprzęt za granicą.

Kolejną rzeczą, która budzi wątpliwości żołnierzy, jest ilość kupowanych okrętów. Min. Błaszczak optował za wersją 1+2. Oznacza to, że na pewno powstanie jedna jednostka, a dwie pozostałe są w opcji. Oznacza to, że MON pozostawia sobie furtkę. Jeśli nie będzie w budżecie pieniędzy, to zostanie wybudowany tylko jeden okręt. 

Będzie to wówczas kolejny jedynak w MW RP po patrolowcu "Ślązak" i korwecie ZOP "Kaszub". Oficerowie marynarki wcale by nie byli zdziwieni. Jak mówi jeden z moich rozmówców: "MON słynie z zakupów w ilościach defiladowo-propagandowych". Tak było w przypadku śmigłowców, gdzie opcji nie uruchomiono i kupiono tylko osiem egzemplarzy z obiecanych 50-70 sztuk. 

Takie przykłady można mnożyć. Powtarzany jest casus programu Wisła, kiedy z wielką pompą, przy udziale prezydenta, ambasadora USA, podpisano umowę na zakup dwóch baterii Patriot. Trzy lata temu miały rozpocząć się negocjacje zakupu kolejnych sześciu baterii. Jak można się domyślać, rozmowy się nie rozpoczęły w obiecanym terminie, a po nawale pytań od posłów i dziennikarzy, MON uznał, że są to informacje niejawne.

Nie może dziwić, że żołnierze nie wierzą w obietnice polityków. Zbyt wiele ich słyszeli. Żaden z oficerów nie chciał wypowiadać się pod nazwiskiem.

INTERIA.PL
Dowiedz się więcej na temat: militaria | marynarka wojenna | fregata

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama