Reklama

Na tropie partyzanckiego arsenału

Rzeczpospolita partyzancka powstała tutaj w latach największego zagrożenia. Terror ludowej władzy nie dawał się jednak we znaki tak mocno, jak zdarzało się to w innych miejscach opuszczonej przez sojuszników Polski.

Pomimo wszystko, jak to możliwe, aby osamotniony oddział partyzancki ogałacał z broni jeden posterunek milicji za drugim?

Dlaczego powiatowe Urzędy Bezpieczeństwa miesiącami świeciły pustkami? Olbrzymi, zdobyczny arsenał oddziału, pełen niemieckiej i rosyjskiej broni automatycznej, granatów, pancerfaustów i moździerzy należało skutecznie ukryć...

Komendantury NKWD wyłapywały maruderów

Polskość Pomorza, a dokładniej jego wschodnie obszary, od zawsze swoją postawą determinowali zamieszkujący je patrioci. Ziemia Michałowska, Lubawska, okolice Brodnicy, Nowego Miasta Lubawskiego i Działdowa, przez dziesięciolecia zaborów skutecznie opierały się germanizacji. Co ważne, w momencie odzyskania niepodległości w 1920 r. około 80% ludności stanowili Polacy. Z polskości słynął przede wszystkim powiat lubawski.

Tutaj właśnie powstały silne komórki ZWZ-AK, w czasie okupacji broniące okolic tak skutecznie, iż Niemcom nigdy do końca nie udało się opanować tej ziemi. Kiedy front potoczył się na zachód, zwycięzcy Rosjanie uznali ją za niemiecką, mordując i rabując miejscową ludność, gdyż sami Niemcy zdołali się ewakuować. Komendantury wojenne NKWD wyłapywały nielicznych maruderów, demontując na zdobycznym terenie co się dało, śląc dobytek pokoleń na Wschód.

Reklama

Wrogowie władzy ludowej

Partyzanci tutejszego dowództwa obwodu Armii Krajowej, nie posiadając żadnych instrukcji jak zachować się wobec nowej władzy, wzięli sprawy w swoje ręce. Tak jak w 1920 r. organizowano jednostki Milicji w pozytywnym tego słowa znaczeniu. Działania były o tyle celowe, co naturalne. Zabezpieczając ludność cywilną, jednocześnie zabezpieczali własny teren przed działaniami odpowiednio indoktrynowanych ludzi, którzy lada chwila mogli pojawić się tutaj z ramienia ludowej władzy. Pomysł dowódcy obwodu AK w Działdowie - Pawła Nowakowskiego, ps. "Leśnik" - aby jego ludzie wstępowali do tworzonych jednostek MO już niebawem miał okazać się wyjątkowo udanym eksperymentem.

Andrzej Różycki, ps. "Zjawa" oraz Stanisław Balla, ps. "Sowa" w czasie okupacji niemieckiej walczyli jako dowódcy plutonów w oddziale "Leśnika". Obaj wstąpili do lokalnej MO, poznając struktury nowej władzy. Pomiędzy wieloma innymi osiągnięciami, nieocenione były np. zdobyte przez nich listy konfidentów UB pracujących między Brodnicą i Lubawą. Jednocześnie, pomimo zakonspirowania, pozostając funkcjonariuszami milicji, musieli uczestniczyć, jako osłona, w krwawych operacjach NKWD, jak np. likwidacja znajdujących się na Ziemi Lubawskiej obozów przejściowych dla "wrogów władzy ludowej".

Partyzanci w MO

Pozostałych przy życiu spędzano do byłych koszar SS w Działdowie, gdzie utworzono regularny obóz koncentracyjny w sowieckim wydaniu. Nic dziwnego, iż musiało wkrótce dojść do spięć, przede wszystkim, czego nie udało się przewidzieć, z przybywającymi do lokalnych jednostek milicji nowych ochotników przygotowywanych w lubelskiej szkole NKWD. Ziejący nienawiścią do AK, wyposażeni w grubo ciosaną, powierzchowną ideologię, poszukiwali wszelkich sposobów na zaostrzenie represji wobec lokalnej ludności.

Partyzanci w strukturach MO zajmowali się przede wszystkim likwidowaniem zjawisk kryminalnych, wszechobecnego szabrownictwa i podobnych, znanych z pierwszych miesięcy bezprawia zjawisk. W tym samym czasie, w kwietniu 1945 r. pojawiła się idea utworzenia Ruchu Oporu Armii Krajowej (ROAK), zainicjowana przez pozostającego w konspiracji dowódcę okręgu Pawła Nowakowskiego. Pod pseudonimem "Łysy" objął dowodzenie konspiracyjnym oddziałem, który pierwotnie miał operować na terenie wschodniego Pomorza.

Ucieczka z więzienia UB

Nie zdając sobie sprawy, iż rosyjski wywiad wojskowy dotarł do informacji o podziemnej przeszłości obu milicjantów, nakazał im pozostać w strukturach ludowej władzy. Nadal mieli rozpoznawać jej działalność, gromadzić broń, lekarstwa, dokumentację. Zasoby partyzanckiego arsenału szybko urosły do wielu sztuk nowoczesnej broni automatycznej. Aresztowani w lipcu 1945 r. oczekiwali na wydanie w ręce NKWD. Partyzancka działalność w milicji przyniosła jednak efekty. Różycki i Balla uciekli z więzienia działdowskiego UB, w czasie brawurowej akcji zorganizowanej przez innych partyzantów, wciąż pozostających w szeregach MO. Tym samym, konspiracyjna jednostka ROAK, szybko, jeszcze w październiku 1945 r., zamieniła się w regularny, umundurowany oddział.

Terror wzmagał się, do oddziału płynęli nowi ochotnicy, uciekający przed prześladowaniami mieszkańcy i byli AK-owcy. Wiosną 1946 r. 50 ludzi pod bronią oraz 70 w rezerwie przyjęło wojskowe struktury organizacyjne, tworząc 2. kompanię w składzie Pomorskiej Brygady Ruchu Oporu AK "Znicz" dowodzonej przez "Łysego". Kompanią dowodził Stanisław Balla "Sowa".

Milicjanci składali uroczyste obietnice

1. plutonem kompanii - Franciszek Wypych, ps. "Wilk", a 2. - Andrzej Różycki, ps. "Zjawa". Pluton "Wilka" tworzyli ludzie pochodzący z tzw. Kongresówki. Była to jednostka przeznaczona do dalekich wypadów. Cała grupa uzbrojona była w rosyjską, zdobyczną broń. Natomiast 2. pluton został tak wyposażony, aby pełnić rolę jednostki obronnej, przygotowanej do walk pozycyjnych. Obsadę stanowili wyłącznie żołnierze pochodzący z Pomorza, uzbrojeni tylko w niemiecką broń.

Na stanie jednostki, w początkowym tylko okresie, znajdowało się 6 karabinów maszynowych MG-42, 2 moździerze przeciwpancerne, pancerfausty oraz automatyczne STG-44. Siła ognia jaką dysponował każdy żołnierz z osobna oraz cały pluton, w razie obrony, była nie do przełamania przez słabe, lokalne, szeregowe jednostki UB lub MO. Niebawem na terenach obejmujących ówczesne powiaty: działdowski, Nowe Miasto Lubawskie, wschód brodnickiego, północ rypińskiego, mławskiego oraz zachód ostródzkiego rozpoczęła się regularna wojna partyzancka.

O tyle nietypowa, co mało popularna w znanych nam wspomnieniach traktujących o działaniach partyzantki w kraju w ogóle. Grupa zajmowała posterunki MO, zabierając przede wszystkim broń automatyczną i amunicję, pozostawiając ręczne karabiny oraz... przyjmując wszędzie uroczyste obietnice funkcjonariuszy, iż będą oni zajmowali się jedynie tropieniem kryminalistów.

Tym razem tylko amunicja

Napływowi urzędnicy proszeni byli o opuszczenie kontrolowanego terenu, urzędy o zaprzestanie pobierania kontyngentów i podatków, nieliczne komórki PPR rozwiązane. Niszczono całą dokumentację, palono wykazy podejrzanych, niemal całkowicie zablokowano procesy denuncjacji niewinnych ludzi. Któregoś razu pluton "Wilka", wraz z dowodzącym wówczas Stanisławem Ballą "Sową", napadł i zdobył posterunek MO w Mrocznie. Partyzanci rozbroili całą obsadę, jak zwykle dowódca sprawdził zapisy w dokumentacji urzędu gminy, odbył konsultacje z wójtem. Zbyt gorliwie starający się umacniać władzę ludową członkowie PPR otrzymali karę chłosty. Tym razem zabrano jedynie amunicję, pozostawiwszy karabiny milicjantom.

Niebawem zaproszono komendanta posterunku na leśną kwaterę. Rozmowa przeprowadzona w spokojnej atmosferze zaowocowała solenną obietnicą. Działalność posterunku miała ograniczyć się do operacji przeciwko kryminalistom, przy zachowaniu całkowitej neutralności wobec oddziału. Za to komendant mógł zachować stanowisko, podobnie jak i uprzednio konsultowany wójt. Takimi działaniami oddział doprowadził do kompletnego zawieszenia broni, mającego trwać do czasu zakończenia wyborów do sejmu. Innym, równie dobrym przykładem stylu, w jakim odbyło się wiele akcji, które przeprowadził odział Stanisława Ballego, jest trzykrotne zajęcie Powiatowego UBP w Lidzbarku Welskim. Bez jednego zabitego czy nawet rannego (!).

Nigdy nierozbity oddział

Czas płynął, siły nowej władzy rosły, nieunikniona była solidniejsza konfrontacja. Pomiędzy kilkoma potyczkami, gdzie zawsze puszczano wolno milicjantów oraz szeregowych Ubeków, doszło nawet do bitwy pancernej, kiedy uszkodzono dwa, i zniszczono jeden rosyjski czołg. Korzystna lokalizacja "partyzanckiego kraju" wypływała także z położenia pomiędzy trzema ośrodkami decyzyjnymi, które mniej lub bardziej ze sobą konkurowały. Ambicje lokalnych dowódców UB z Bydgoszczy, Mławy i Działdowa, znosząc się wzajemnie, powodowały spore zamieszanie w organizacji "zwalczania band". Odział Stanisława Ballego nigdy nie został rozbity. Ponad pół setki udanych zbrojnych akcji uwieńczonych zostało samorozwiązaniem się z rozkazu dowódcy - "Łysego".

Luty 1947 r. przyniósł amnestię, kompania "Sowy" złożyła zdezelowaną, mało przydatną broń w jednostce LWP w Działdowie, gdyż nie przystała na warunek przekazania nawet takiej działdowskiemu UB. Tajemnicy ukrycia potężnego arsenału do dzisiaj strzeże jeden z żyjących świadków, członków oddziału Andrzeja Różyckiego "Zjawy"...

"Londyn" dobrze się "Kajtkowi" kojarzył

Do redakcji "Odkrywcy" z sensacyjną informacją zgłosił się pasjonat małej ojczyzny, pan Piotr Rydel, mieszkaniec Rumiana. Razem z panią Ewą Rzeszutko, historyczką pracującą w gimnazjum w Lidzbarku Welskim, od lat tropią ślady oddziału Stanisława Ballego. Zapomniani partyzanci odchodzą jeden za drugim. Obydwoje pragną doprowadzić do nadania im odznaczeń, których nigdy nie otrzymali.

Jednym z nich jest pan Kazimierz Komoszyński, ps. "Kajtek", który gotów był najpierw wskazać miejsce ukrycia innego depozytu broni, tzw. wypadowej, którą osobiście w obliczu zagrożenia rodziny i własnego życia schował ponad 60 lat temu. Zanim dojdzie do próby wydobycia właściwego arsenału, poproszono nas o zweryfikowanie wskazania pana Kazimierza. Dom państwa Komoszyńskich stanowił bazę wypadową dla plutonu Andrzeja Różyckiego. Nazwa "Londyn", jaką dowódca plutonu nadał domostwu, na zawsze zapadła w pamięć 16 letniego wówczas "Kajtka".

"Wszystkich wymordują..."

W drewnianym budynku gospodarczym, gdzie trzymano narzędzia, pomiędzy wypełnionymi trocinami deskami ścian, złożono całą broń zdobytą w czasie jednej z wielu walk. Ponadto schowano tam jeszcze automaty, służące do wypadów jednostki "Sowy". Pewien uratowany z rąk UB człowiek, którym zaopiekowała się rodzina Komoszyńskich, po kilku miesiącach wpadł ponownie. Tym razem zaczął sypać.

Niebawem, do domu Komoszyńskich z nocną wizytą wybrało się lidzbarskie UB. "Kajtek" w ostatniej chwili ukrył swój pistolet w ciepłym jeszcze piecyku, wsuwając go pod górne zamknięcie. Modląc się aby smar z pistoletu nie zaczął kapać na podłogę, oczekiwał na wyniki rewizji. Ubek nazwiskiem Piwko, wyprowadził go do ogrodu i nakazał kopać własny grób. Stojący w jamie Kazik, indagowany na wszelkie sposoby nic nie powiedział. Uwolniony, warunkowo pozostał w domu z mamą, z którego tym razem zabrano ojca. Wiedział już, że z powodu ciemności funkcjonariusze zrezygnowali z dokładnej rewizji. Mieli przyjść rano. Jeśli znajdą magazyn ukryty pomiędzy drewnianymi ścianami szopy, wszystkich wymordują.

Broni nie było, wzięli matkę

Deska otwierała się poprzez przekręcenie zagiętego gwoździa. Zaczął wyjmować automaty, po dwa, po trzy - nie pamięta dokładnie, adrenalina zrobiła swoje. Czołgając się w dół, po sporym spadku wiodącym do pobliskiego bagna, kiedy już był u jego brzegów wrzucał kolejne sztuki do wody. Czołgał się całą noc. Ukrył wszystko. Następnego dnia zaczęła się gehenna. Cały dzień szukano broni. Rozeźleni ubecy zabrali ze sobą mamę. "Kajtek" ukrywał się jakiś czas, aby w końcu zgłosić się samemu na posterunek - obiecano mu, że wypuszczą matkę.

Przyszły straszne dni tortur. Zmaltretowanego po jakimś czasie wypuszczono na ulicę. W strzępach ubrań, zagłodzony, opuchnięty chłopiec musiał w końcu opuścić Lidzbark. Uciekł aż na Śląsk, podając się za sierotę unikał dochodzenia swojej przeszłości. Do domu, do swojego "Londynu" nad rzeką Welą, wrócił dopiero w 1985 roku. Doskonale pamięta miejsce ukrycia. Opisał je bardzo dokładnie i wskazał miejsce złożenia depozytu. Całonocne czołganie z bronią zapadło mu w pamięć na zawsze.

Śpieszmy się chronić ich tajemnice

Po załatwieniu wszystkich niezbędnych formalności, ekipa poszukiwacza "Odkrywcy" już niebawem rozpocznie eksplorację tego miejsca. W dalszej perspektywie, miejmy nadzieję, nastąpią poszukiwania głównego depozytu oddziału Stanisława Ballego ps. "Sowa". Trwają rozmowy ze świadkiem i wykonawcą ukrycia, dowódcą 2. plutonu, Andrzejem Różyckim "Zjawą".

Obecnie emerytowany leśnik z długim stażem, pożegnał jednego z ostatnich członków swojego oddziału, który pochowany został 23 X 2010 r. Jak powiedział pan Piotr Rydel, śpieszmy się chronić swoich bohaterów, jest ich już tak niewielu. Śpieszmy się także chronić ich tajemnice...

Damian Czerniewicz

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy