Reklama

Polak w centrum wywiadowczej wojny

Ta historia mogłaby posłużyć za gotowy scenariusz filmu sensacyjnego. Gdy na frontach II wojny ścierały się potężne armie, na "tyłach" trwała mordercza wymiana ciosów między służbami specjalnymi. W samym środku tego dramatu znalazł się Polak, kpt. Boczoń. Oto kolejna część jego pasjonującej historii...

Po kilkunastu tygodniach obserwacji samej szkoły, kpt. Boczoń zaczął korzystać z przepustek jeżdżąc do Berlina. Tam zajął się rozpoznawaniem obiektów przemysłowych i wojskowych oraz odnotowywał skutki bombardowań stolicy III Rzeszy. Zbiór raportów rósł, w oczekiwaniu na możliwość nawiązania kontaktu z centralą, co przez dłuższy czas stanowiło problem.

Z pomocą przyszedł szczęśliwy zbieg okoliczności. Jednym z punktów, do którego przywiązywano szczególną rolę podczas szkolenia, było nawiązywanie łączności i obsługa aparatów i szyfrów radiowych. Jesienią 1943 roku, w ostatniej fazie kursu, w różne rejony III Rzeszy rozesłano niemal 30 kursantów na praktykę. Sami mieli wybrać dogodne dla siebie lokalizacje i przez kilka dni nadawać o określonych porach specjalne depesze.

Reklama

Wymiana płaszczy

"Pantera" wybrał swoją macierzystą jednostkę Abwehry we Wrocławiu, skąd łatwo mógł wyjechać do Krakowa. Tam w rozmowie ze zwierzchnikami ustalono metodę kontaktu. W każdą, pierwszą niedzielę miesiąca do Berlina miała przyjeżdżać łączniczka, ps. "Jadwiga". Blondynka o niebieskich oczach, świetnie mówiąca po niemiecku, dysponująca oryginalnymi papierami, mogła wtopić się tłum berlińczyków. Spotkania odbywały się przy kasie biletowej nr 10 kolejki berlińskiej, na stacji Zoologischer Garten. Następnie konspiratorzy szli na kawę.

Obydwoje byli w podobnych płaszczach, które wymieniali w szatni dworcowej restauracji. "Jadwiga" wychodziła w płaszczu, w którym zaszyte były szczegółowe raporty "Pantery". Ta ryzykowna gra trwała do końca pobytu w Lechnitz. W międzyczasie kpt. Boczoń, w uznaniu stopnia jego wyszkolenia, zaczął pełnić funkcję wykładowcy - do momentu, gdy zapadła decyzja co do jego dalszych losów - po zakończeniu kursu miał przedostać się do neutralnej Turcji.

W ostatniej chwili

"Panie doktorze - obawiamy się, że nasze w miarę dobre stosunki z Turcją ulegną pogorszeniu. Pańskim zadaniem będzie przeorganizowanie naszej siatki w taki sposób, aby wytrzymała zerwanie stosunków dyplomatycznych. Z tą chwilą znajdzie się pan wraz z całą siatką praktycznie na wrogim terytorium, najważniejszym pozostanie zachować ścisłą tajemnicę" - słowa mjr. Rudolfa Schubacka, kierującego operacjami wywiadowczymi na Bliskim Wschodzie, uświadomiły Boczoniowi, że zaczyna się gra zupełnie innego rodzaju.

Cały kurs skrócono, zakończył się w atmosferze pewnej nerwowości, spowodowanej sytuacją na froncie zachodnim i lądowaniem aliantów w Normandii. Boczoniowi pogratulowano wyników i zwolniono na kilkudniowy urlop. Wyjechał do Wrocławia, potem do Krakowa i ostatecznie do Warszawy, na spotkanie z szefem kontrwywiadu KG AK Bernardem Zakrzewskim "Oskarem". Spotkanie odbyło się praktycznie w ostatniej chwili, tuż przed planowanym wyjazdem do Turcji, 17 lipca 1944 r., w jednym z zakonspirowanych lokali przy ul. Wspólnej.

Pozdrowienia od Karola

W rozmowie uczestniczył także jego krakowski łącznik, Stanisław Rączkowski ps. "Sołtan", oraz Jan Tarzycki-Kurowski ps. "Gzyms". W atmosferze Warszawy czuć było nadchodzące szybkim krokiem powstanie. "Panterze" zaproponowano pozostanie w stolicy i objęcie nowego stanowiska. Boczoń wahał się. Czy po to przez cały rok pozostawał "w sercu wroga", aby tuż przed przekazaniem najbardziej pożądanych przez każdego agenta materiałów - szyfrów, kontaktów i planów zreorganizowania całej siatki w Turcji - wycofać się? "Oskar" wydawał się to rozumieć i popierać: - Jeśli będzie pan w Ankarze, proszę iść pod podany adres, do kapitana Mieczysława Kurkowskiego, tam przekaże pan "pozdrowienia od Karola"?

Zapadła ostateczna decyzja. Upalny dzień drugiej połowy lipca 1944 roku powitał Tony'ego Barcklay'a (Boczonia - dop. red.), członka organizacji Todt, w pociągu wtaczającym się na stację kolejową w Atenach. Z pozoru spokojna i senna atmosfera greckiego miasta różniła się od widoków, jakie oglądał podczas długiej, prawie tygodniowej podróży. W Jugosławii większość drogi upłynęła pod znakiem zagrożenia. Wzmocnione patrole, okopane stacje i posterunki przy mostach. Siedzący w górach partyzanci Tity mocno dali się we znaki niemieckim okupantom.

Jednak już podczas pierwszych dni pobytu w Grecji dało się odczuć, że spokój jest tylko złudzeniem. Po drodze z dworca do siedziby niemieckiego wywiadu widział zastrzelonego cywila - okazało się, że był to jeden z kolaborantów, zlikwidowany z wyroku podziemnej organizacji komunistycznej.

Samobójstwo starego wygi

Kapitana Boczonia podjęto bardzo uprzejmie. Jego osobistym opiekunem został niejaki Gallus, oficjalnie prokurent firmy "Mittelmeer-Vertten" - Stocznie Śródziemnomorskie, a faktycznie kierownik placówki w Salamis. Centrala całego wywiadu niemieckiego w Grecji znajdowała się przy ul. Santa Rosa 2, pod przykrywką banku Carawasili, a jej świeżo mianowanym szefem był dr Kolhaus.

Boczoniowi wręczono pakiet przesłany prosto z Berlina, zawierający wszystkie tajne informacje - hasła, adresy, instrukcje i funty tureckie wraz z procedurami radiowymi. Wśród pracowników wywiadu panowała atmosfera nerwowości. Zaledwie kilka dni wcześniej poprzedni szef placówki płk Sandner uciekł w nocy niewielką łodzią do Brytyjczyków, wywożąc ze sobą poufne materiały. Dodatkowo 20 lipca 1944 r. miał miejsce zamach na Hitlera. Gestapo i SD szalały, aresztowano wielu starych oficerów Abwehry, niektórych ściągano z odległych placówek. Kapitan Boczoń dowiedział się wtedy, że szef centrali wywiadu w Sofii zastrzelił się w swoim gabinecie, na wieść o pełnym podporządkowaniu Abwehry SD. Samobójcą był jego stary znajomy - mjr Walter Fabian, oficer starej daty, którego postępowanie w czasie kierowania placówką Abwehry w Wrocławiu doprowadziło do tego, że kapitan Boczoń mógł zostać dr. Richardem Wagnerem.

Mijały kolejne tygodnie przedłużającego się pobytu w Atenach. Gallus nie był w stanie przeprowadzić operacji przerzutu do Turcji. Kłopoty placówki w Atenach zwiększyły się w momencie, gdy Turcja zerwała stosunki dyplomatyczne z III Rzeszą. Pobyt polskiego agenta zaczął stawać pod znakiem zapytania, męczyła go również świadomość braku kontaktu z własną centralą.

Wewnętrznymi kanałami niemieckimi dowiedział się, że Powstanie Warszawskie trwa, a na Zachodzie alianci kierują uderzenie w stronę rdzennych terenów III Rzeszy. On tymczasem utknął na kilkanaście tygodni bez możliwości działania. Zdecydował się na nawiązanie kontaktu z brytyjskimi służbami wywiadowczymi. Decyzja kontaktu z Brytyjczykami była łatwa, dużo gorzej było ją przeprowadzić. Grecja stanowiła od dawna domenę działania MI 6, przebywając kilkanaście tygodni w Atenach Boczoń wytypował przynajmniej jednego człowieka, który według niego musiał mieć związki z Brytyjczykami.

Był to George Dacognu właściciel przedwojennego biura turystycznego wypożyczającego łodzie motorowe, od wielu lat utrzymujący kontakty w wyższych sferach i kręgach dyplomatycznych. Jego elegancka i piękna żona Carinna była Angielką. Boczoń nawiązał kontakt z Dacognu pod pretekstem pobierania lekcji francuskiego.

Gest rozpaczy

W kilku rozmowach zasugerował, że miałby pewne możliwości zdobycia tajnych materiałów. Dacognu żywo zareagował na tę propozycję, w ciągu kilku kolejnych rozmów uzgodnili dalszą procedurę. Materiały miały zostać przekazane na jednym ze spotkań, potem kontakt miał przejąć ktoś inny. Boczoń nie był do końca pewny swojego wyboru, niepokoiło go kilka drobiazgów, jednak sprawy zaszły za daleko. Na kilka dni przed ostateczną finalizacją kontaktu, zobaczył na ulicy coś, co zmroziło mu krew w żyłach. Żona Dacognu siedziała przy jednym ze stolików z oficerem niemieckim odpowiedzialnym za prowadzenie agentury kontrwywiadowczej!

Ona, a może i sam George Dacognu mogli pracować dla Niemców! Boczoń natychmiast zerwał wszelkie kontakty, przygotowane do dostarczenia materiały wylądowały w ogniu. Ale to nie pomogło. Został wzięty pod obserwację, czuł, że prowadzona od wielu lat gra wkroczyła w krytyczną fazę. Zdecydował się na ostateczność. 10 września 1944 r. umówił się na spotkanie z Gallusem, podczas przechadzki, tuż przy ruchliwej ulicy zdjął marynarkę i na oczach zdumionego towarzysza wskoczył wprost pod koła nadjeżdżającego tramwaju. Chwilę później potworne uderzenie pozbawiło go przytomności. Nieprzytomnego Boczonia, z licznymi obrażeniami, nie zagrażającymi jednak jego życiu, przewieziono do szpitala i umieszczono w sali Nur für Deutsche.

Okazało się, że Dacognu był rzeczywiście agentem niemieckim, a wobec samego Boczonia rozpoczęła się gra operacyjna. W szpitalu przez pierwsze dni miał trochę czasu, aby przeanalizować sytuację. Przypomniały mu się dramatyczne chwile z września 1939 roku, gdy jego życie wisiało na włosku. Wtedy uratowała go znajomość sposobu myślenia oficerów kontrwywiadu i konsekwentne trzymanie się jednej wersji wydarzeń.

Odesłany do Berlina

Gdy rozpoczęły się serie przesłuchań, prowadzone przez oficera SD delegowanego na całą Grecję z ramienia Głównego Urzędu Bezpieczeństwa Rzeszy, co ciekawe Volksdeutscha z Pomorza, wersja była już gotowa - w oczekiwaniu na przedłużający się przerzut do Turcji, rozpoczął z własnej inicjatywy grę operacyjną, zmierzającą do wykrycia agenta MI 6. Niestety, w trakcie całej operacji zorientował się, że był to autentyczny agent niemiecki. Zdawał sobie sprawę, że może to zostać źle odczytane, tym bardziej, że popełnił błąd i nie zameldował o swojej inicjatywie przełożonym, miał jednak powody, aby nie ufać Gallusowi. Próbował nawiązać bezpośrednią łączność z Berlinem, lecz było to niemożliwe. Czuł, że zawiódł zaufanie, a jako prawdziwy fachowiec i oficer wywiadu nie mógł tego znieść. Próba samobójcza była wynikiem rozstroju nerwowego i chorobą (w szpitalu wykryto u niego jakiegoś rodzaju infekcję i podejrzewano malarię).

Po dwóch tygodniach przesłuchań i kuracji w szpitalu, oficer SD, z którym "jak Volksdeutsch z Volksdeutschem" rozmawiał czasem... po polsku, wydał o nim dobrą opinię. Na tyle dobrą, że dr. Richarda Wagnera odesłano samolotem do Berlina z podejrzeniem o... niewypełnienie obowiązków służbowych.

Koniec pewnego agenta?

Gdy transportowy Ju-88 dotknął kołami pasa lotniska w Berlinie, kapitan Boczoń był zrezygnowany. Lata życia w napięciu, próba samobójstwa i horror, jaki przeżył w momencie, gdy zdał sobie sprawę z wpadki, dały o sobie znać. Otępiały udał się do centrali wywiadu na Bliski Wschód do majora Schubacka. Z ramienia centrali jego sprawą zajął się por. Belling. Z wrocławskiej Abwehry napłynęły dobre opinie, choć wydawało się, że dr Richard Wagner nie ma ostatnio szczęścia. Najpierw tragicznie zakończona sprawa "Nadwywiadu", a teraz misja którą śmiało można było określić katastrofą.

Co prawda kilkunastotygodniowe oczekiwanie na przerzut do Turcji było zaniedbaniem ze strony miejscowego, greckiego ośrodka, ale koncepcja zupełnie nie meldowanej próby rozpracowania brytyjskiego szpiega, kładła się głębokim cieniem nad całością jego pracy. Ostatecznie zdecydowano się na udzielenie mu nagany i... kilkudniowego urlopu zdrowotnego - "do wydobrzenia". Otrzymał polecenie udania się do macierzystej jednostki we Wrocławiu. Tym razem Władysław Boczoń miał zupełnie jednak inne plany...

CDN

Łukasz Orlicki

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy