Reklama

Unia za wolnością internetu

Parlament Europejski nieoczekiwanie odrzucił uzgodnioną wcześniej wielką reformę unijnego prawa telekomunikacyjnego. PE sprzeciwił się odcinaniu internetu bez wcześniejszego orzeczenia sądu i blokowaniu internautom dostępu do wybranych stron.

Eurodeputowani w ostatniej chwili przyjęli poprawkę zgłoszoną przez liberałów, Zielonych i lewicę. Oznacza to, że osiągnięte wcześniej porozumienie trafi do kosza. Ponowne prace nad pakietem będą mogły ruszyć dopiero w nowej kadencji.

W centrum krytyki znalazła się kompromisowa klauzula dotycząca ochrony podstawowych praw użytkowników internetu. Eurodeputowani prowadzący negocjacje w imieniu przedstawicieli użytkowników oraz komisarz UE ds. mediów i społeczeństwa informacyjnego - Viviane Reding - zgodnie podkreślali, że stosowanie blokady dostępu do internetu po powtarzających się przypadkach łamania praw autorskich mogłoby następować wyłącznie na drodze postępowania sądowego i po jego prawomocnym wyroku.

Reklama

- W takich przypadkach konieczna jest decyzja niezależnego trybunału, do którego należałoby ostatnie słowo - oświadczyła Reding. Przedstawiciele partii opozycyjnych ostrzegali z kolei przed chińskim modelem cenzury internetowej.

- Prawa obywatelskie oraz prawo dostępu do sieci będą chronione dzięki nowym zapisom - podkreślała francuska socjalistka Catherine Trautmann.

Europosłów to nie przekonało.

Ustawa łatwa do nagięcia?

Tekst wypracowanego kompromisu stwarzał też możliwość zastosowania całkowicie odmiennej interpretacji: mowa w nim była nie o tradycyjnej instytucji wymiaru sprawiedliwości, która - tak jak to przedstawiono w trakcie pierwszego czytania ustawy - powinna stać na straży naruszeń praw podstawowych, lecz o bliżej nieokreślonym "bezstronnym trybunale". Usunięto ponadto żądanie, aby wspomniana instytucja podejmowała decyzję przed wykonaniem zarządzenia takiego jak blokada dostępu do internetu.

Dlatego też wielu deputowanych uważało ową klauzulę za zbyt niejasną.

- Nie jestem zadowolona z zawartego kompromisu w sprawie ograniczania swobody w dostępie do internetu - powiedziała Rebecca Harms, pełniąca obowiązki przewodniczącej frakcji Zielonych w Parlamencie Europejskim. Jej zdaniem otwarta pozostawała kwestia, czy wypracowany kompromis i tak nie pozwalał na zastosowanie francuskiego modelu z parasądową instytucją HADOPI.

Z kolei hiszpański deputowany z frakcji Zielonych David Hammerstein podkreślił, że dostawcy internetu nie powinni być zmuszani do przyjęcia roli cyfrowych szeryfów.

- Rządy poszczególnych państw próbowały wprowadzić do pakietu zapisy, które nie mają nic wspólnego z wytyczną - zauważyła Sophia in't Veld z frakcji liberałów, krytykując pojawiające się raz po raz ze strony Rady UE żądania wprowadzenia blokad w dostępie do internetu. Jej frakcja opowiedziała się za zmianą, która zagwarantowałaby, że odcinanie od sieci mogłoby się odbyć wyłącznie za zgodą sądu.

Z kolei przedstawicielka lewicy - Eva-Britt Svensson - stwierdziła, że do tej pory przeforsowywano ustalenia wynikające z zapędów regulacyjnych wyrażanych przez najbardziej wpływowe podmioty. Z tego powodu zaapelowała ona o wsparcie dla opracowanych przez nią i współtworzonych przez organizacje konsumenckie takie jak La Quadrature du Net zmian uwzględniających prawa obywatelskie w formie odpowiednich poprawek.

"Bardzo dobry pakiet"

Posłowie sprawozdawcy oraz komisarz Reding lobbowali z kolei na rzecz uchwalenia pakietu. Reding przyznała słuszność idei, według której w przyszłości dostawcy internetu powinni "rozróżniać" odmienne rodzaje transmisji, np. przesyłanie danych dla potrzeb usługi VoIP od komunikacji w sieciach P2P. Dzięki temu możliwe miało być wprowadzenie priorytetyzacji dla świadczonych usług lub działania aplikacji. Podsumowując swoją wypowiedź, komisarz stwierdziła, że proponowana ustawa to "bardzo dobry pakiet leżący w interesie Europy", który przyczyni się do dalszych inwestycji w wart obecnie 300 miliardów euro rynek telekomunikacyjny.

Nie tylko zagrożenia

Krytykując niektóre zapisy ustawy, nie wolno zapominać, że ma ona niezaprzeczalne zalety - podkreślała Reding. Zmiana usługodawcy telekomunikacyjnego miała być w przyszłości możliwa do zrealizowania w ciągu jednego dnia, a minimalny okres obowiązywania umów zawieranych z dostawcami miał wynosić najwyżej rok. Z doświadczeń 27 krajowych regulatorów korzystać miała nowa centralna instytucja nadzorująca BEREC (Body of European Regulators for Electronic Communications).

Reforma wytycznej dotyczącej ochrony danych w komunikacji elektronicznej zobowiązać miała ponadto dostawców do informowania opinii publicznej o zaistniałych awariach mających wpływ na dane. Komisja Europejska chciała szybko opracować propozycję odpowiednich wymagań dotyczących tego rodzaju powiadomień również w innych obszarach gospodarki.

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy