Reklama

Jak wojna w Ukrainie zmieniła technologię na świecie?

Wojna zawsze wpływała na technologię, a technologia na wojnę. Ta, która toczy się w Ukrainie, może jednak przejść do historii jako wydarzenie wyjątkowe. Także dlatego, że po raz pierwszy technologiczni giganci zaczęli w niej odgrywać geopolityczną rolę porównywalną z rolą odgrywaną przez tradycyjne mocarstwa.

Rosja rdzewieje. Może jeszcze nie dosłownie, ale wszystkie firmy, które mają cokolwiek wspólnego z wysokimi technologiami, boleśnie odczuwają skutki wojny. Odcięte od dostaw zaawansowanych komponentów muszą zdawać się na rodzimą produkcję. Tyle że tej w zasadzie nie ma. Pozostaje szmugiel, ale trudno opierać na nim działalność normalnej firmy.

Dotyczy to choćby rosyjskiej branży AI, która była oczkiem w głowie Putina. Rosyjski prezydent widział w rozwijaniu sztucznej inteligencji szansę na utrzymanie kraju w globalnej czołówce. Rząd hojnie wspierał firmy z sektora. Rosjanie chcieli budować autonomiczne samochody, inteligentne miasta. Nic z tego. 

Reklama

Rosja cofnie się w rozwoju o dekady?

Podobnie jak reszta świata i przed wojną Rosjanie mieli problem ze zdobywaniem zaawansowanych komponentów - pandemia i absurdalny rynek kryptowalut sprawiły, że na rynku po prostu brakowało podzespołów. Ale teraz strumyk procesorów płynący do Rosji wysechł w ogóle. TSMC, tajwańska firma, która produkowała chipy zaprojektowane przez rosyjskie firmy AI, została objęta sankcjami przez Amerykanów. Chipy do Rosji nie trafią, bo były produkowane z wykorzystaniem amerykańskiego sprzętu. 

Nic dziwnego, że jednym z pierwszych posunięć Zachodu było odcięcie Rosji od wysokich technologii. Odcięcie dostępu do producentów mikroprocesorów może nie sparaliżować gospodarki kraju od razu, ale na dłuższą metę nie da się utrzymać funkcjonowania nowoczesnego państwa - ani nowoczesnej armii - jeśli najnowsza technologia, do jakiej masz bezproblemowy dostęp sięga lat 90. XX wieku. Yandex, największy internetowy koncern Rosji, od początku wojny wykrwawia się finansowo. Jego giełdowa wartość spadła z ponad 30 mld dol. w lutym do niewiele ponad 6 w listopadzie, a firma ma wg. Financial Timesa przygotować się do wyprzedaży majątku i wyprowadzki z Rosji. 

To na razie przeciętnego Rosjanina nie boli. Gorzej z Instagramem. 

Big Tech idzie na wojnę

10 marca, w dwa tygodnie po rozpoczęciu rosyjskiej inwazji, Meta podjęła nieoczekiwaną decyzję. Firma zdecydowała, że nie będzie usuwać z Facebooka związanych z wojną postów wzywających do przemocy wymierzonej w Rosjan czy rosyjskich żołnierzy. Odpowiedź Moskwy była szybka. Rosja zablokowała na swoim terytorium dostęp do Instagrama. Wkrótce potem zakaz rozszerzono na Facebooka. Ban kosztował Meta ok. 2 mld dol. w utraconych wpływach. 

Gdy ktoś spisze kiedyś historię Big Techów z początku XXI w., ten moment, wtedy prawie przemilczany, może okazać się jednym z kluczowych. Jedna z największych firm technologicznych świata wybrała stronę w geopolitycznym konflikcie. 

Nie tylko koncern Marka Zuckerberga odegrał istotną rolę w otoczce ukraińskiego konfliktu. Po raz pierwszy firmy technologiczne same kształtują przebieg geopolitycznych wydarzeń, decydując o tym, jakie możliwości techniczne udostępnić, której ze stron, w którym momencie pozbawić stronę lub strony konfliktu dostępu do własnych usług. W czasach, w których trudno robić jakikolwiek interes, nie korzystając choćby z chmurowych usług Amazona, Google’a czy Microsoftu, takie narzędzie jest co najmniej skuteczne, co rządowe sankcje.

Kluczowe okazały się choćby terminale Starlink, dające ukraińskim wojskom i rządowym instytucjom dostęp do Internetu mimo hakerskich prób sparaliżowania tamtejszej komunikacji. Terminale zostały dostarczone przez należący do Elona Muska SpaceX. On sam też nie omieszkał zrobić przy okazji samemu sobie reklamy, informując wszem wobec o tym, że podarował je Ukraińcom, choć w rzeczywistości niczego takiego nie zrobił - za wszystko zapłaciły rządy m.in. USA i Polski. 

Starlinki były kluczowe - i dlatego późniejsze posunięcia Muska, który miał rozmawiać z Putinem, promować na Twitterze “plan pokojowy", który de facto miał być rozbiorem Ukrainy czy wreszcie podniósł istotnie opłaty abonamentowe na Ukrainie, budziły takie obawy. Ale fakt pozostaje faktem - to prywatna firma dostarczyła Ukraińcom możliwości, które pozwoliły im rywalizować z mocarstwem. SpaceX nie był tu zresztą jedyny. Przed rozpoczęciem wojny, Ukraina nie miała dostępu do dobrych danych satelitarnych, które można byłoby wykorzystać np. do monitorowania ruchów wojsk. Tuż po rozpoczęciu wojny rząd Kanady wydał pozwolenie tamtejszej firmie MDA na dostarczenie Kijowowi danych dotyczących ruchów rosyjskich wojsk. Okazuje się, że dziś każde państwo może dysponować możliwościami, które niedawno były wyłącznie w posiadaniu mocarstw. Wystarczy zapłacić - albo liczyć na to, że któraś z firm postanowi opowiedzieć się po naszej stronie. 

Wielki lobbing to podstawa

Firmy technologiczne w coraz większym stopniu zdają sobie sprawę ze swojej geopolitycznej siły, nawet jeśli na dziś korzystają z niej dość oszczędnie. Fakt, że firma taka, jak Google, Amazon czy Microsoft może jedną decyzją odciąć znaczną część infrastruktury cyfrowej danego państwa - bo ta akurat jest oparta na ich chmurze - sprawia, że państwa, podejmując decyzje o swoich działaniach, muszą brać dziś pod uwagę nie tylko to, jak zareagują na nie sąsiedzi, mocarstwa, NATO czy ONZ, ale też to, jak może na nie zareagować rada nadzorcza w Dolinie Krzemowej czy Seattle. 

Ukraińcy z siły big techów zdawali sobie sprawę od początku wojny. 7 marca ukraiński minister ds. cyfrowych Michaiło Fedorow zapowiedział, że jego kraj otworzy nowy front na wojnie: front cyfrowy. Ukraina rozpoczęła potężną kampanię lobbingową, nakłaniając Apple, Google, Meta, Twittera, Microsoft, Sony, Oracle i innych gigantów do wybrania strony w konflikcie. Listy kierowane do kierownictw tych firm były publikowane w sieci, by każdy mógł zobaczyć, po której stronie opowiada się biznes. “Twitter stał się skutecznym narzędziem dla przeciwstawiania się rosyjskiej agresji wojskowej. To nasze inteligentne, pokojowe narzędzie służące do niszczenia rosyjskiej gospodarki" pisał. Nacisk odniósł spektakularny skutek - większość wielkich koncernów szybko spakowała manatki i co najmniej zawiesiła swoją działalność w Rosji. 

Ale lobying działał w kilka stron. Gdy Ukraina wywierała presję na big tech, big tech wywierał presję na inne rządy. Grupa lobbingowa DigitalEurope, w skład której wchodzi m.in. Amazon, wzywała UE do przekazania Ukrainie urządzeń niezbędnych do funkcjonowania cyfrowej infrastruktury.

Co dalej z Big Tech?

Nawet jednak gdy korporacyjny aktywizm wynika ze słusznych pobudek, jego długofalowe konsekwencje mogą być niepokojące. Jeśli Big Tech zechce odgrywać aktywną rolę w przyszłych konfliktach - jak może ona wyglądać? I co, jeśli opowie się po stronie, którą my akurat uznamy za “niewłaściwą"?

Nigdy wcześniej świat nie był aż tak uzależniony od kilku wielkich koncernów, które kontrolują kluczowe systemy, bez których po prostu nie jesteśmy funkcjonować. Jasne, istniały monopole, ale nigdy nie były globalne. Nigdy wcześniej decyzje zapadające gdzieś w gabinetach megakorporacji nie mogły w takim stopniu wpływać na geopolitykę. 

Aktywiści przestrzegają więc przed erą globalnego “korpoaktywizmu". Działania korporacji mogą w przyszłości wywołać sporo zamętu - przez konflikty i rozbieżności interesów, oportunizm, polityczne naciski na podatnych na pochlebstwa właścicieli i inne potencjalnie niepokojące zjawiska. Ofiarami mogą stać się zarówno demokratyczne wartości, jak i prawa człowieka. 

Ucieczki przed tą przyszłością raczej jednak nie ma. W przyszłości Big Tech będzie raczej odgrywał coraz większą, a nie coraz mniejszą rolę w geopolityce. Nie doczekamy się pewnie armii pod sztandarami Apple czy Google’a, ale cichy, zakulisowy wpływ wielkich korporacji pozostanie z nami na długo.

INTERIA.PL
Dowiedz się więcej na temat: wojna

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy