Reklama

Czy walka z dopalaczami ma sens?

Walka z dopalaczami stała się ostatnio głównym tematem poruszanym przez polityków i media. Premier Donald Tusk uważa, że radykalne działania przynoszą efekty, inni - że taka postawa sprowadzi na rząd kłopoty. Właśnie posłowie przegłosowali przepisy, w myśl których na terenie Polski nie będzie można produkować i wprowadzać do obrotu produktów, które mogą być używane jak środki odurzające lub substancje psychotropowe.

Dopalacze (nazwa została ukuta przez dziennikarzy), to substancje psychoaktywne, które, choć działają podobnie do narkotyków, były sprzedawane legalnie najczęściej jako tzw. produkty kolekcjonerskie lub przeznaczone do pielęgnacji roślin.

Środki te pojawiły się w Polsce dwa lata temu, za sprawą Dawida B., który po powrocie z Wielkiej Brytanii otworzył w Łodzi pierwszy sklep z dopalaczami.

Młodzi na dopalaczach

Najnowsze dane, dotyczące stosowania dopalaczy, pochodzą z 2008 roku. Badanie Centrum Badania Opinii Społecznej (CBOS), przeprowadzone na grupie 18- i 19-latków, pokazało, że 3,5 proc. młodych ludzi przynajmniej raz w życiu miało kontakt z dopalaczami. Okazuje się jednak, że po środki sięgają także dzieci. We wrześniu do szpitala w Bydgoszczy trafił 13-latek, który zatruł się dopalaczami, miesiąc wcześniej w Zabrzu hospitalizowany był 11-latek.

Reklama

Między innymi dlatego, że dopalacze może kupić każdy, także dzieci, w ciągu ostatniego miesiąca wokół środków rozpętała się gorąca dyskusja. Ilość informacji o zatruciach po dopalaczach sprawiła, że wiele osób sądzi, iż w ostatnim czasie spożycie środków gwałtownie wzrosło. Z tą opinią nie zgadza się dr Ryszard Feldman ze szpitala praskiego w Warszawie, który twierdzi, że "zwiększyła się jedynie (...), liczba osób, które korzystają z całodobowego punktu konsultacji toksykologicznych, który działa przy szpitalu".

Niebezpieczeństwo, skład nieznany

Na opakowania dopalaczy, które sprzedawane są jako "wyroby kolekcjonerskie", a więc nie przeznaczone do spożycia, często nie ma informacji o składzie produktu.

- Aby wykryć daną substancję we krwi lub moczu pacjenta, konieczny jest jej wzorzec - powiedział PAP dr Ryszard Feldman. - I to jest bardzo duży problem, jeśli chodzi o dopalacze, bo użytych w nich substancji jest ogromna liczba - nawet setki, a laboratoria nie posiadają tych wzorców - wyjaśnił.

Lekarz dodał jednak, że do leczenia osób, które zażyły dopalacze, znajomość składu nie jest konieczna.

- W większości przypadków leczenie polega na uspokojeniu pacjenta, także z użyciem środków farmakologicznych - wyjaśnił Feldman - i nie wymaga hospitalizacji.

Pierwsze próby regulacji

Pierwsza próba wprowadzenia regulacji dotyczących handlu dopalaczami miała miejsce w 2009 roku. Wtedy znowelizowana została ustawa o przeciwdziałaniu narkomanii, która uniemożliwiła handel 17 szkodliwymi dla zdrowia substancjami. Część z nich występowała w dopalaczach, które wycofano z obrotu. Pod koniec sierpnia b.r. weszła w życie ustawa zakazująca handlu dopalaczami zawierającymi mefedron. Jednak każdy kolejny zakaz sprawiał, że na rynku natychmiast pojawiały się dopalacze o zmienionym składzie i działaniu podobnym do wycofanych środków.

Wobec braku odgórnych regulacji dotyczących dopalaczy władze niektórych miast próbowały na własną rękę ograniczyć handel dopalaczami. Zastępca prezydenta Suwałk, Marek Buczyński, poprosił media, żeby nie reklamowały dopalaczy, ponieważ "nie ma zgody na rozpowszechnianie tych substancji, które prowadzą do uzależnień". Naczelnik wydziału zdrowia Urzędu Miejskiego w Suwałkach Honorata Rudnik zapowiedziała również, że miasto przygotuje kampanię edukacyjną skierowaną do uczniów (w Suwałkach istnieją trzy sklepy z dopalaczami, wszystkie w pobliżu szkół).

Na edukację postawiły również władze Sopotu, gdzie przed sklepami oraz w dyskotekach i w szkołach pojawiły się plakaty ostrzegające przez zażywaniem dopalaczy.

- Dopóki nie ma skutecznych rozwiązań ustawowych w walce ze sprzedażą dopalaczy, chcemy wzmocnić akcję edukacyjną wśród młodzieży i jednocześnie zniechęcać do zakupu dopalaczy - zapewniał media prezydent Sopotu Jacek Karnowski.

Lokale wolne od dopalaczy

Inny sposób na walkę z dopalaczami znalazły władze Skoczowa. Burmistrz miasta, Janina Żagan, zaapelowała do właścicieli lokali, by nie wynajmowali ich ludziom, którzy chcą otworzyć sklepy z dopalaczami.

- W Skoczowie nie ma żadnego sklepu, ale istnieje realne zagrożenie - powiedziała PAP Żagan. - Wiem od właścicielki jednego z wolnych lokali, że dwukrotnie już przyszli do niej ludzie z taką propozycją. Kiedy odmówiła, brzydko się do niej odezwali, a potem powiedzieli, że i tak w Skoczowie otworzą sklep - dodała.

Na początku października, podczas wykładu inauguracyjnego w Akademii Sztuki w Szczecinie, premier Donald Tusk w ostrych słowach oświadczył, że zamierza zająć się dopalaczami.

- Kwestię rozstrzygniemy w trybie błyskawicznym, w sposób zdecydowany, żeby nie powiedzieć brutalny. Nie będzie litości dla tych, którzy życie młodych obiecujących ludzi chcą zamienić w piekło uzależnienia - zapowiadał Tusk.

Podobne stanowisko zajął rzecznik prasowy rządu Paweł Graś, który zaznaczył, że dopalacze są problemem całej Unii Europejskiej.

- Wierzymy głęboko, że tak jak z hazardem, tak jak ze słynną szczepionką przeciw grypie, na którą dały się nabrać wszystkie pozostałe państwa europejskie oprócz Polski, tak też i Polska będzie prekursorem w ostatecznym rozwiązaniu kwestii dopalaczy - mówił pełen optymizmu Graś.

Ta ostatnia sobota

Pierwsza akcja mająca na celu zamknięcie sklepów z dopalaczami miała miejsce w miniony weekend. W wyniku kontroli inspektorów sanitarnych, którym towarzyszyli policjanci, zamknięto ok. 900 punktów sprzedaży dopalaczy. W wyniku akcji, zleconej przez minister zdrowia Ewę Kopacz, z obrotu wycofano także dopalacz o nazwie "Tajfun". Część właścicieli sklepów zdołała uniknąć kontroli zamykając sklepy. W Elblągu powodem był "bardzo ważny mecz" lokalnej drużyny piłkarskiej.

- My jesteśmy cierpliwi. Wejdziemy, jak już otworzą - zapowiadał Janusz Dzisk, Państwowy Wojewódzki Inspektor Sanitarny.

Mimo że zamknięto ok. 900 sklepów oferujących dopalacze, handel nimi nadal kwitnie. W sobotę, w trakcie przeprowadzania akcji sanepidu, na jednej ze stron internetowych ukazało się ogłoszenie "Wielka wyprzedaż likwidacyjna! Za taką cenę nikt wam nie sprzeda. 100 proc. legalne produkty pełnowartościowe! Nie zawierają substancji zakazanych!!!", a na jednym z forów internetowych zwolennik dopalaczy oświadczył, że "zamknięcie sklepów nic nie da. Część towaru mam w domu i tak będę nim handlował".

Policja walczy w sieci

Policja zapewnia, że zdaje sobie sprawę z handlu w Internecie, i robi wszystko, żeby ukrócić proceder.

- Akcja prowadzona jest przez cały czas -zapewnia Mariusz Sokołowski, rzecznik Komendanta Głównego Policji. - Część stron, które należały do zamkniętych sklepów z dopalaczami już nie funkcjonuje. Ustalamy adresy właścicieli tych, które nadal oferują dopalacze w Internecie.

O internetowym handlu dopalaczami wspomniał też Tomasz Szafrański z Ministerstwa Sprawiedliwości, który zapewnił, że "okoliczność, że np. strona będzie hostowana na serwerze brytyjskim, tajwańskim, czy jeszcze innym, nie na polskim, nie ma żadnego znaczenia dla odpowiedzialności karnej, dopóki do udostępnienia towaru dochodzi przez to, że zostanie on ostatecznie wysłany, doręczony na terytorium Polski".

Nowe metody walki

Sobotnia akcja nie była jedynym posunięciem rządu. Uchwalona przez Sejm nowelizacja ustawy ustawy o przeciwdziałaniu narkomanii zakłada, że będzie można nawet na półtora roku wycofać z rynku dopalacze zawierające "podejrzane substancje psychoaktywne" i skierować je na badania. Jeśli okaże się, że rzeczywiście są szkodliwe, zastaną wycofane na stałe.

- Mam nadzieję, że te działania, a także wprowadzenie nowych przepisów pozwoli nam na trwałe wyeliminowanie tego zjawiska - mówił Donald Tusk. - Ale wiemy, że ta walka będzie musiała trwać ciągłe, ponieważ ci, którzy to organizują mają zawsze szybkie i - w cudzysłowie - dobre pomysły na to, jak oszukiwać, jak manewrować, jak wykorzystywać prawo przeciwko ludziom.

Inną zaletę nowej ustawy podkreśliła Ewa Kopacz.

- Nie nazywamy tego (środków zakazanych - przyp.red.) dopalaczem mimo, że wszyscy wiemy o co chodzi - powiedziała. - Nie nazywamy tego dopalaczem, bo dzisiaj dopalacz, jutro może być rozśmieszacz, a jeszcze za trzy dni rozweselacz - wyjaśniła.

Dzięki temu nowa substancja odurzająca, której nazwa nie znajdzie się w rejestrze, również będzie traktowana jako środek szkodliwy, a nie, jak do tej pory - legalny.

Ustawa ostra jak brzytwa

Inspektor będzie mógł nakazać zaprzestanie prowadzenia działalności w obiektach służących wytwarzaniu lub wprowadzaniu podejrzanego produktu do obrotu - czyli np. zamknąć sklep lub hurtownię.

Premier Donald Tusk powiedział, że, jego zdaniem, projekt jest "bardzo restrykcyjny, ostry jak brzytwa i chyba skuteczny", jednak nie wszyscy zgadzają się z jego oceną. Piotr Kruszyński, karnista z Uniwersytetu Warszawskiego, powiedział, że nowelizacja opiera się na domniemaniach i przypuszczeniach sugerujących, że dopalacze są szkodliwe.

- Rząd postąpił pochopnie - stwierdził. (...). - Rząd wprowadzając tego typu prawo, może być usprawiedliwiony, gdy powołuje się na stan wyższej konieczności, gdy istnieje realne zagrożenie dla zdrowia i życia ludzkiego - jednak nie posiada żadnych badań na ten temat - dodał.

Kruszyński nie jest jedynym, który uważa, że rząd działa zbyt pochopnie.

- (Akcja sanepidu - przyp.red.) była działaniem na granicy prawa, które nie przyniesie efektów - powiedział były minister zdrowia Marek Balicki. - Premier chciał się zachować jak szeryf i wysłał policję do sklepów. To rozwiązanie chwilowe i populistyczne - ocenił.

Balicki uważa, że rząd powinien poszukać innych rozwiązań.

- W krajach, w których posiadanie niewielkich ilości marihuany jest legalne nie ma aż tak dużego zainteresowania dopalaczami - zasugerował i dodał, że od stosowania zakazów lepsza byłaby edukacja.

Zalegalizujcie narkotyki!

Ze zdaniem Balickiego zgadzają się eksperci zrzeszeni w Polskiej Sieci Polityki Narkotykowej, którzy uważają, że popularność dopalaczy związana jest z wyjątkowo restrykcyjną polityka antynarkotykową.

- Obowiązująca ustawa i praktyka jej wykonywania są najbardziej restrykcyjne w skali Europy, stawiając nas obok Białorusi i Chorwacji - czytamy w liście otwartym, wystosowanym do minister zdrowia Ewy Kopacz. - Rozwiązania stosowane w Polsce nie mają nic wspólnego z podejściem do konsumpcji narkotyków (zwłaszcza marihuany) w pozostałych krajach UE.

Członkowie PSPN dodali również, że popularność dopalaczy wynika także z "polityki prohibicyjnej, gdzie tradycyjne i stosunkowo mało szkodliwe narkotyki wypierane są przez ich potencjalnie bardziej niebezpieczne, syntetyczne odpowiedniki, ale również następstwo klęski polityki edukacyjnej wobec młodzieży".

Na granicy prawa

Mimo tych krytycznych opinii Donald Tusk jest przekonany, że za pomocą nowych ustaw uda się wyeliminować problem dopalaczy. Wie jednak, że właściciele zamkniętych sklepów mogą dochodzić swoich praw w sądach - o czym zapewnił Dawid B.

- Dokonujemy takiej swoistej rewolucji wcale niełatwej i w jakimś sensie ryzykownej - powiedział premier dodając, że spodziewa się kontry ze strony producentów i dystrybutorów, łącznie z zarzutami, że rząd działa niezgodnie z prawem.

Katarzyna Pruszkowska, PAP

INTERIA.PL/PAP
Dowiedz się więcej na temat: minister | handel | minister zdrowia | sklep | sklepy | Donald Tusk | środki | substancje | zdrowie | dopalacze

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy