Reklama

Jestem człowiekiem analogowym

- Denerwuje mnie przeszukiwanie stron internetowych za dobrymi zdjęciami - mówi portalowi INTERIA.PL Chris Niedenthal. Fotograf, który całe życie poświęcił dokumentowaniu komunizmu.

Urodzony 61 lat temu w Londynie, w rodzinie polskich emigrantów, Chris Niedenthal zaczął interesować się fotografią w wieku 11 lat. W nagrodę za dobrze zdany egzamin ojciec podarował mu pierwszy aparat. Od tego momentu fotografia tak pochłonęła Niedenthala, że ten przestał się praktycznie w ogóle uczyć. Rodzice, niejako za karę, wysłali go do szkoły z internatem na pograniczu Anglii i Walii. Tam zamiast wrócić do książek młody Chris... założył kółko fotograficzne. Zrobione w benedyktyńskiej szkole zdjęcia zagwarantowały mu studia na prestiżowym London College of Printing.

Reklama

Prawdziwej fotografii reporterskiej Niedenthal nauczył się jednak w Polsce, do której często przyjeżdżał. Dzięki fotoreportażom z kopalni soli w Wieliczce czy na temat straży pożarnej zakonników w Niepokalanowie został dostrzeżony przez Newsweeka i Time'a. To właśnie dla tych tytułów wykonał najbardziej znane zdjęcia, m.in. księdza dr. Edwarda Zachera, proboszcza rodzinnej parafii Karola Wojtyły, dokonującego wpisu w księdze parafialnej o powołaniu Polaka na papieża.

Niedenthal pamiętany jest przede wszystkim jako fotograf Solidarności i stanu wojennego. Był pierwszym zagranicznym fotoreporterem, który został wpuszczony na teren Stoczni Gdańskiej podczas strajku w 1980 r.

Do podręczników historii trafiło natomiast jego zdjęcie zrobione podczas stanu wojennego przedstawiające opancerzony transporter SKOT zaparkowany przed warszawskim Kinem Moskwa. Na budynku kina wisi billboard reklamujący film Francisa Forda Coppoli "Czas apokalipsy".

Chris Niedenthal otrzymał w 1986 r. nagrodę World Press Photo za portret Janosa Kadara, sekretarza generalnego węgierskiego komitetu centralnego. W 1998 r. fotograf otrzymał polskie obywatelstwo.

Marcin Wójcik, INTERIA.PL: Prawie czterdzieści lat temu, w pracy dyplomowej obronionej na prestiżowym London College of Printing, zastanawiał się pan nad przyszłością fotoreportażu. Wtedy ekspansja telewizji doprowadziła do upadku kilku znamienitych tytułów prasowych żyjących z publikacji takich zdjęć, m.in. sławnego "Life'a". Fotoreportaży w prasie drukowanych jest coraz mniej. Czy w takim razie ten gatunek fotografii w ogóle przetrwa?

Chris Niedenthal: - Czterdzieści lat temu myślałem, że znalazłem odpowiedź na to pytanie. Uważałem wówczas, że fotoreportaż będzie istnieć, ale jest z nim coraz gorzej. Wielkie tytuły padały, ale rodziły się inne. Przyszłość nie mogła więc wyglądać aż tak źle. Dziś można byłoby napisać taką samą pracę i wnioski byłoby pewnie podobne. A to dlatego, że niedobre rzeczy dzieją się w prasie, ale otwierają się też nowe rynki. Ja nie chcę płakać, że fotoreportaż umiera. Fotografia prasowa będzie istnieć, tylko medium się zmienia. Dzisiaj jest to internet.

Co się zatem stało, że we współczesnej prasie jest coraz mniej fotoreportaży?

- Wydawnictwom chodzi wyłącznie o pieniądze, a nie o twórczość. Guzik ich obchodzą twórcze pisma czy mądre przedsięwzięcia prasowe. Ich obchodzą pieniądze, które do nich wpływają. Wydawnictwa są bezczelne, chcą jak najwięcej za jak najmniej. Uważają, że fotograf ma przepisać wszystkie prawa do zdjęć, a odpowiedzialność wziąć na siebie. Wydawnictwa są na tyle chciwe, pazerne, że uważają, iż jest to w porządku. One myślą, że dają prace, więc powinno się je całować po rękach. Ale to tak nie działa, bo my, fotoreporterzy, pracujemy na nich. To, że my pracujemy, to oni mogą zarabiać krocie. To nie jest ładnie traktować nas jak biednego kuzyna. Agencje fotograficzne płaczą, że nie są na tyle silne, by wywalczyć godne pieniądze za zdjęcia. Godne, a nie jakieś super pieniądze.

Jak w takim razie wyobraża sobie pan przyszłość fotografii prasowej?

- Coraz gorzej, ale nie mogę powiedzieć, że zginie. Rzeczy dzieją się cały czas i ludzie fotografują. Ale często fotografują osoby zupełnie przypadkowe. Bo są szybsze, bo są na miejscu wydarzenia i robią zdjęcia telefonem komórkowym. Tego nie unikniemy. W pewnym sensie jest to bardzo chwalebne. Jest coraz większe zapotrzebowanie na zdjęcia, ale wydawnictwa nie chcą wykorzystywać etatowych fotografów. To jest straszne. Gazety oszczędzają, jak tylko mogą, likwidują działy fotograficzne, korzystają z agencji fotograficznych, pracy wolnych strzelców i zdjęć zrobionych przez przypadkowe osoby. Teraz każdy może być fotografem. Problem w tym, że każdy myśli, iż jest fotografem, a nim niekoniecznie jest. To, że ma aparat jeszcze nic nie znaczy.

Ale media coraz częściej wykorzystują zdjęcia zrobione przez przypadkowe osoby, świadków jakiegoś ważnego wydarzenia. Jeżeli dziś każdy ma aparat, chociażby w komórce, i może pokazać światu zrobione przed sekundą zdjęcie np. palącego się budynku, to czy praca fotoreportera ma w ogóle sens?

- Myślę, że zawsze ma sens. Jednak ci najbardziej rozgoryczeni obecną sytuacją na rynku fotoreporterzy odchodzą z zawodu. Jeżeli ktoś ma 50 lat i widzi, że z pracy reporterskiej ma 500 zł miesięcznie, oczywiście innego miesiąca może to być 2-3 tysiące, ale często jest to 400-500 zł, to taki człowiek nie może sobie pozwolić, by tak nisko spaść. Zdjęć nie można liczyć tylko na ilość! To zawodowy fotograf zapewnia jakość. Ten, który używa aparatu w telefonie komórkowym nie zapewnia niczego poza tym, że prześle dynamiczne, efektowne zdjęcie jakiegoś wydarzenia. Ale to jest w złej jakości, źle sfotografowane. Ale jest: w gazecie następnego dnia, w telewizji tego samego, a w internecie od razu.

Czyli, że obecnie w mediach liczy się przede wszystkim pieniądz? Ilość i bylejakość, przedkładane są ponad jakość?

- Właściwie tak. Pisma nie chcą inwestować w fotografów, a my potrzebujemy inwestycji. Fotograf lubi być też częścią rodziny, rodziny fotografów. Jeżeli zabija się tę rodzinną atmosferę, to zabija się gazetę. Jeżeli nie ma dobrych stosunków między pracownikami, to nie czujesz się częścią rodziny i robisz to, co robisz, bo musisz jakoś zarobić. Nie robisz tego od serca. A fotografowie, choć może wykonują dość cyniczny zawód, to też są ludźmi i też chcą by ktoś ich pochwalił. A nie, że ktoś weźmie zdjęcie, kiepsko zapłaci i jeszcze się nie odezwie. Ważne jest by utrzymywać ciepły, ludzki kontakt. To jest potrzebne i nie rozumiem, dlaczego wydawnictwa tego nie chcą.

Jakie mogą być przyczyny tego zjawiska?

- Mam wrażenie, że obecnie w gazetach decydują wyłącznie księgowi. Gazety nie sprzedają czekoladek czy puszek z groszkiem. One sprzedają myśl twórczą. Trzeba o to bardzo dbać. I nic dobrego z tego nie wychodzi, jeżeli się o to nie dba. Wydawnictwa powinny pamiętać, że one mają zarabiać, ale my też musimy zarabiać. Fotograf robi zdjęcia, bo kocha fotografię. Kocha styl fotografowania tego, co dzieje się w jakimś strasznym miejscu. To jest u nas we krwi. I dlatego wydawnictwa to wykorzystują: wy, wydawnictwa, nie chcecie płacić , to my, fotoreporterzy, pojedziemy sami. To jest piękne, ale jednocześnie sami podcinamy sobie gardło. Wydawnictwa mówią: jedź, pokaż, co zrobiłeś i może kupimy. Raz można wygrać, a dwa razy przegrać.

Gazety umierają dlatego, że nie w nich dobrych zdjęć?

- Nie. Aczkolwiek uważam, że dobre zdjęcia pomagają gazecie. Ostatnio byłem w Niemczech i widziałem Süddeutsche Zeitung oraz Frankfurter Allgemeine Zeitung - one nie przeszły na format tabloidowy i one mają miejsce na zdjęcia. Ze smutkiem pomyślałem, że polskie gazety nie chcą poświęcić miejsca na zdjęcia. Tu jest walka tekściarzy i działu fotograficznego, jeżeli w ogóle jeszcze jest. Zazwyczaj dział piszący wygrywa. Szkoda. Jest zmierzch apetytu na dobre zdjęcia używane dobrze. Przyszłość jest w internecie, tego nie da się ukryć. Gazety nie potrafią robić dobrej gazety papierowej i internetowej. Albo to albo to. Myślę, że papier będzie wycofywany i wtedy powstanie coś o wiele lepszego.

Czy internet jest dobrym medium by pokazywać fotografie?

- W internecie mogą dać duże zdjęcie, ale obok niego zawsze są pstrokate reklamy. To wszystko jest niezręczne i mało apetyczne. Właściciele serwisów internetowych muszą zrozumieć, że nie można pchać reklam wszędzie. To jest niemalże niemoralne. Denerwuje mnie przeszukiwanie stron za dobrymi zdjęciami. Jest to miłe, jak wchodzi się na stronę www jakiegoś fotografa, gdzie zdjęcia są dobrze pokazane - pojedynczo i bez reklam. Czasami ładnie wyglądają na monitorze. Pod warunkiem, że masz duży monitor ustawiony w ciemnościach. Zdjęcia potrzebują po prostu dobrego światła. Myślę, że fotografia właśnie tak będzie przedstawiana, technologia idzie do przodu i ja tego nie neguję. Nie mam prawa tego negować, to wszystko się robi i będzie coraz lepiej. Na razie jest średnio.

Nie podoba się panu, że fotografia została zepchnięta do internetu?

- Nie bardzo. Sam fakt, że musisz wyłączyć komputer... Internet to nie jest to samo, co papier. Na papierze jest książka, jest gazeta - składasz, chowasz, idziesz dalej, potem znów otwierasz. Ja jestem człowiek analogowy, mam problem z opanowaniem cyfry. Ludzie w moim wieku uważają tak samo, ale młodzież może myśleć zupełnie inaczej i mają do tego prawo. Prawo wieku mówi swoje i... młodość zawsze wygrywa (śmiech).

Z nieskrywanym żalem mówi pan o fotografii zawłaszczonej przez internet. Czy zdjęcia na monitorze komputera wyglądają gorzej niż na gazetowym papierze?

- Zdjęcia w internecie wyglądają inaczej niż na papierze czy w galerii na ścianie. W internecie trudno jest oglądać fotoreportaż wyświetlony na jednej stronie, bo zdjęcia są za małe. A jak wyświetlamy je po kolei, to tracimy kontekst. To jest tak, jak na konkursach fotograficznych: kiedyś zdjęcia rozkładało się na podłodze, stołach i można było je z łatwością poprzestawiać, przenieść w inne miejsce. Może było to niewygodne, ale było lepsze do wybierania zdjęć. A tak, jak siedzimy wygodnie w fotelu, to na początku widzimy małe zdjęcia a potem wszystkie po kolei i kontekst ucieka. Być może przyszłość jest w składanych monitorach, takich jak gazeta. Myślę, że technologia powinna iść w tym kierunku, by były giętkie i dobrze podświetlane, by móc oglądać zdjęcia w słońcu. To musi być coś, co nie jest sztywne, bo gazeta nie jest sztywna. Można ją złożyć i trzymać, jak się chce.

A myśli pan, że na takim giętkim ekranie fotografia, czyli statyczny obraz, będzie dalej miała sens bytu? Nie będzie to już forma zbyt przestarzała, jak na takie możliwości techniczne?

- A co może być zamiast fotografii?

Na przykład fotocast. Dotkniemy palcem zdjęcia umieszczonego na takim giętkim ekranie i otworzy się nam klip będący połączeniem zdjęć, filmu i materiału audio.

- Rzeczywiście, z tym, że fotocast trwa co najmniej 6-8 minut, a to dla dzisiejszego człowieka trochę za długo.

To może przyszłość jest w krótszych formach?

- Na pewno. Połączenie obrazu ruchomego ze statycznym jest dobrym rozwiązaniem. Ale dajcie mi giętki ekran, który mogę trzymać jak gazetę i wtedy możemy rozmawiać. Póki mam duży ma duży, gruby ekran sztywny, to nie będzie to samo, co zdjęcie w gazecie.

Mówiąc o schyłku fotografii prasowej nie możemy pominąć tzw. obrazowania (od angielskiego "imaging"). Czyli kreowania sztucznych, upiększonych obrazów...

- ...dokładnie! Już jesteśmy nazywani "imagers", a nie "photographers". Jest to duża techniczna możliwość i jednocześnie chęć, by pokazywać ładniejszą stronę naszej skóry, twarzy, ciała... Choć w fotoreportażu to nie istnieje, to w fotografii prasowej owszem. Dotyczy to zwłaszcza celebrytów. Bardzo nie lubię, że pisma pokazują wygładzone, wyszczuplone twarze, nogi czy ciała. To jest nieprawdziwe. To jest sztuczne. To jest przykre.

Na spotkaniach promujących wydaną niedawno przez pana autobiografię "Zawód: fotograf" powtarza pan, że "zdjęcia nie mają żadnej wartości jeżeli nie są w formie cyfrowej". Czy to znaczy, że fotografia analogowa umarła?

- Jeżeli chodzi o wystawy i zdjęcia na ścianach galerii, to fotografia cyfrowa nie jest najlepszą formą. Fotografia analogowa zawsze jest dla nas piękna. Tym bardziej, jeśli obróbka nie jest komputerowa, tylko chemiczna. Mówiąc o tym, że zdjęcia nie mają żadnej wartości, jeżeli nie są w formie cyfrowej myślę o fotografii prasowej. Ona nie istnieje w takim wymiarze, w jakim istniała 20 czy 30 lat temu. Jeżeli dziś dzwoni wydawnictwo i chce jakieś zdjęcie, to chce to zdjęcie w formie cyfrowej. Nie chce slajdów, bo ludzie boją się, że zgubią, że podrapią... To jest odpowiedzialność. Fotograf musi dać wydawnictwu zdjęcie na płytce. To jest fajne, jeśli robi się zdjęcia w cyfrze, ale jeśli ja mam wszystko na filmach i na slajdach, to jest to problem. Nie mówię, że wszystkie pośród pól miliona mich slajdów są dobre. Muszę je posortować, zostawić creme de la creme, ale to jest kupa roboty. Największy problem mam z opisywaniem zdjęć, bo nie wszystko mam udokumentowane.

A w jakiej technice wykonuje pan obecne projekty?

- No właśnie wszystkie projekty, nawet te najnowsze, robiłem na filmach. Jakoś nie chcę robić na cyfrze. Ale może przejdę, bo jest to strasznie wygodne. Nie trzeba już praktycznie nic z tym robić. Można coś rozjaśnić, albo ściemnić. Cyfra jest wygodna i mniej kosztowna.

Jako fotograf, który całe życie robił zdjęcia na filmach, odróżnia pan zdjęcia zrobione analogowo od tych cyfrowych?

- Moi koledzy, którzy drukują zdjęcia cieszą się, jak dostaną ode mnie skany slajdów. Ale oni się na tym znają... Wydaje mi się, że cyfra jest za idealna, za czysta, za ostra i ta ostrość inaczej się "kładzie". Jest w nich coś innego. Slajd ma swoje ziarenko i ostrość jest inna. To jest ta różnica. Analogowe zdjęcia mają trochę więcej duszy, ale to są słowa nie najmłodszego już fotografa, który lubi coś z duszą, a boi się rzeczy bezdusznych (śmiech).

A myśli pan, że odnalazłby się pan w dzisiejszych czasach jako fotoreporter?

- No nie wiem. Już się nalatałem z aparatem wystarczająco, by już więcej tak nie latać. Jak widzę ten tłok przy tych wszystkich większych politycznych sprawach, to mówię sobie, że jak to dobrze, iż już nie muszę tego robić. Nie widzę siebie, jak fotoreporter. Ja już swoje zrobiłem. Dla mnie komunizm był tematem życia. Raz, że był smaczek strachu, a dwa że był trudny politycznie. Był jednak łatwy do fotografowania, bo każda scena była albo śmieszna, albo makabryczna, albo abstrakcyjna. Całe życie temu poświęciłem i czas co innego robić. Teraz zajmę się stworzeniem archiwum - to rzecz konieczna, ale bardzo trudna. Zwłaszcza, że niektóry slajdy dopiero teraz do mnie wracają.

Dziękuję bardzo za rozmowę.

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama