Reklama

"​Baba za kółkiem", czyli dwie krainy na jednej drodze

Jak naprawdę ma się sytuacja na drogach? /123RF/PICSEL

Reklama

Staram się panować nad emocjami. Ba, uczę innych jak to robić. Ale jest jeden obszar, na którym jestem kompletne bezbronny i systematycznie wracam z niego na tarczy. Jazda samochodem. Za kółkiem jestem straszny, ciężko ze mną wytrzymać a mnie trudno cokolwiek z tym zrobić.

Byłem niedawno na zleceniu w Małopolsce. Tak się złożyło, że w kilka miejsc podwoziła mnie kobieta. Obok niej siedziała jej koleżanka. Ja posłusznie zająłem miejsce z tyłu, obok fotelika. Rzadko tam siedzę, może już tak tam jest, może mi się zdawało, ale wytrzęsło mną niemiłosiernie. Parę razy o mało nie przydzwoniłem czołem w szybę, choć jeździliśmy po mieście a nie po dziurawej leśnej drodze. Ale chyba jednak mi się nie zdawało, bo kierowczyni krzyknęła przed siebie, ale jednak do mnie: "Jak tam z tyłu? Trzymasz się?". Koleżanka dorzuciła: "Ona tak jeździ". I to był fenomen bo jeździła wolno a dynamicznie, hamulec - jeśli już - to do dechy, obroty wysokie, przy dwójce, trójce, nawet przy niewielkiej prędkości proste zakręty były jak wiraże śmierci.

Reklama

Często powtarzam, że nie jestem mistrzem Yodą. Jestem spokojnym człowiekiem, pod warunkiem, że się nie zdenerwuję. A za kierownicą denerwuję się szybko i łatwo. Rzucam mięchem i podpisuję się czterema kończynami pod twierdzeniem, że kierowcy dzielą się na debili jeżdżących szybciej ode mnie i baranów jeżdżących ode mnie wolniej. I cóż, jestem też cholernym motoseksistą. Żona (niezmotoryzowana) może poświadczyć. Gdy jedziemy razem, potrafię ni z tego, ni z owego rzucić: "baba". Żona przez chwilę nie wie, o co chodzi, ale w końcu dostrzega, że mierzę wzrokiem samochód przed nami i że widocznie coś mi nie pasuje w stylu jazdy. "Przestań!" - mówi. Po chwili, podczas wyprzedzania sama ukradkiem sprawdza, kto też tam prowadził. Potem są dwie sekundy ciszy ciężkiej jak smoła i wreszcie stwierdza z wyrzutem: "I jak ja mam robić to prawko?!"

Nie uważam, by kobiety jeździły lepiej od mężczyzn. Więcej, nie uważam nawet, by jeździły na podobnym poziomie. Uważam, że jeżdżą gorzej. Ich wprawę mierzy się liczbą spowodowanych wypadków i przy facetach niby wypadają lepiej, ale tylko "niby" i zaraz wyjaśnię dlaczego. Nie uważam również, by w tym "złym" jeżdżeniu była jakaś ich wina. Jesteśmy - mężczyźni i kobiety - innymi ciałami, innymi mózgami, innymi psychikami. Inaczej myślimy, inaczej działamy, inaczej podejmujemy decyzje. Mamy swoje strefy, w których czujemy się u siebie. Przestrzeń drogowa to kulturowo i historycznie wciąż sfera, w której facet się rozgaszcza a kobieta, z dużą rezerwą i dystansem zachowuje się jak na obcym terytorium.

Może jest tak dlatego, że tarcia między facetami i babeczkami na drodze wynikają z fundamentalnego nieporozumienia. Wyobraźcie sobie dwie krainy na tym samym terytorium, które rządzą się zupełnie inną logiką. Kobiety w swojej krainie chcą jeździć bezpiecznie, faceci - sprawnie. Z badań Pentora wynika, że mężczyźni "w swoim kraju" wyżej cenią orientację w otoczeniu, przepuszczanie w korkach, szybsze podejmowanie decyzji. Kobiety - dbają o pasażerów, nie przekraczają prędkości, powodują mniej śmiertelnych wypadków. I te dwie krainy za cholerę nie chcą nawiązać stosunków dyplomatycznych. Jedno często wyklucza drugie. Mężczyzna chce dotrzeć na miejsce i wykonać zadanie. Dla kobiety zadaniem jest przejazd, przy którym nie zabije siebie i innych.

Nie podejmuję się rozstrzygania, czyja racja jest najmojsza, ani co jest ważniejsze, sądzę, że to zależy. Jednak ta różnica sprawia, że ta sama droga jest dla mężczyzny i kobiety kompletnie innym światem. I w tej "mojej" krainie kobiety jeżdżą źle - bo niesprawnie. Przypuszczam, że w ich krainie tym, który jeździ źle jestem ja - bo one jeżdżą bezpieczniej. W świecie mężczyzn porażkę mierzy się w straconych minutach, w świecie kobiet - liczbą złamań. Te priorytety są całkowicie nieprzystawalne i o to mniej więcej idzie cała ta uliczna walka.

Ogólnie, o kobietach mówi się, że są empatyczne, nastawione na współpracę, bardziej demokratyczne. O facetach odwrotnie - mniej empatii, więcej rywalizacji, typy autorytarne. A ja jeżdżąc stwierdzam: różnie to bywa, a czasem jest dokładnie odwrotnie. Kobiety poza kółkiem są wspaniałymi towarzyszkami, koleżankami, rozmówczyniami, są od facetów mniej wulgarne, spokojniejsze, chętniej współpracujące, bardziej demokratyczne, nastawione na dialog, a co mi tam, są po prostu lepiej uspołecznione (naprawdę tak uważam). 

Za kółkiem z kolei następuje jakaś przemiana. Kobiety mają swoje zadanie i zadania innych kierowców przestają się liczyć. Wspólne niepisane zasady ulegają zamazaniu. Kobiety dziękują tylko poza samochodem. Za kółkiem już nie dziękują. Odpalając stacyjkę uruchamiają sobie w głowach jakiś zupełnie survivalowy, nieprzystawalny tryb. Wpuścisz ją gdy wjeżdża z podporządkowanej - pomyśli, że po prostu ma pierwszeństwo. Migniesz długimi, że za pięćset metrów suszą - facet odmacha ręką, babeczka jedzie dalej wpatrzona skamieniałym spojrzeniem w siną dal. Jeśli ktoś cię przepuszcza - 9 przypadków na 10 będzie to facet. 

Jeśli w korku dajesz innemu kierowcy znak, że chcesz się włączyć, zmienić pas, cokolwiek - 9 na 10 kobiet tego nie zauważy. Kontakt wzrokowy o wiele łatwiej złapać z kierowcą niż z kierowczynią, choć mówi się, że to faceci, niejako bardziej od kobiet "autystyczni", mniej patrzą w oczy. Na skrzyżowaniach jest najgorzej: kobiety hurtem anulują sobie wszystkie punkty za empatię. Najgorzej jest przy skręcie w lewo, gdy po prostu zabarykadują cały pas, nawet na tyle szeroki, by przy odrobinie dobrej woli i wysiłku umożliwić przejazd tym z tyłu: "kierowców za mną nie widzę, więc po prostu ich nie ma". Bardziej empatyczne, jasne.

Ale dość mojego starosamczego ględzenia. Jeżdżą bezpieczniej - mówią statystyki. Choć warto przyjrzeć się im krytyczniej. Mężczyźni powodują ok 74% procent wypadków. To ogromna przewaga, ale z drugiej strony kobiety stanowią niecałe 40 proc. kierujących, a liczba powodowanych przez nie wypadków również rośnie, podobnie jak liczba wydawanych im praw jazdy. Sądzę, że gdyby z owych statystyk usunąć regularnych drogowych troglodytów, przestępców i recydywistów, którzy - tak się złożyło - akurat są płci męskiej, choć moim skromnym zdaniem stanowią osobną kategorię użytkowników drogi - odsetek ten spadłby znacząco. Zatwardziała, dziedziczona patologia w statystykach z reguły stanowi zupełnie osobny temat i tutaj też powinna. Wracając do tematu, kobiety jeżdżą bezpieczniej, ale nie sprawniej. Z badań TNS Pentor i Komendy Głównej wynika, że gorzej parkują, słabo manewrują, częściej wymuszają pierwszeństwo, mają gorszą orientację w terenie i gorszą technikę jazdy. Spytane przez telefon gdzie są, odpowiedzą, że jadą koło dużego zielonego budynku.

Z drugiej strony kobieta nigdy nie wyprzedziła mnie na ciągłej, nie dawała po oczach długimi na autostradzie, nie otrąbiła, nie zwyzywała. Popularna na YouTube seria "Stop Cham" wciąż w nazwie ma "chama", a nie "chamkę". Kobiety są zdecydowanie mniej agresywne za kółkiem, a może nawet wypada powiedzieć, że są zupełnie nieagresywne. Gdzie zatem tkwi ta cała słabość? To proste: w kobiecej krainie. Priorytety kobiet są po prostu inne niż priorytety mężczyzn. Męska kraina nie wybacza wolnego podejmowania decyzji, męska kraina dopuszcza ryzyko i pośpiech. W męskiej krainie należy wyprzedzać. W męskiej krainie na drodze porozumiewasz się z kierowcami a nie jedziesz sam. Szybkie znikanie ze skrzyżowań to wyraz szacunku i myślenia o innych.

Powinienem to teraz jakoś pojednawczo spuentować. Tyle, że nie umiem. Niby wiem: stereotypy, niby rozumiem - bezpieczeństwo. Empatia, oczywiście. Nie jestem sam na drodze - tu też się zgodzę. Tyle że... świadomość ta za żadną cholerę mnie za kółkiem nie uspokaja. Nie pomaga. Oczy nabiegają mi krwią. Sarkam i niecierpliwię się. Ale może moim usprawiedliwieniem będzie to, że wkurzam się całkowicie egalitarnie? Na kobiety i na mężczyzn, i sam nie wiem, na kogo częściej.

Już dobrze, oddycham głęboko.

...A może by tak przesiąść się na rower? Polecacie? 

INTERIA.PL
Dowiedz się więcej na temat: Tomasz Kozłowski | coaching | kołczowisko

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama