Reklama

Lądowanie w Normandii. Polacy rozprawili się z Niemcami w cztery minuty

ORP "Dragon" ogniem swych dział powstrzymał niemiecki kontratak na plażę "Sword" ratując Brytyjczyków /domena publiczna

Reklama

75 lat temu operacja „Neptun” rozpoczęła bojową część operacji „Overlord” – otwarcia frontu we Francji. U wybrzeży Normandii znalazły się także polskie okręty. Jak wyglądał ich „najdłuższy dzień”?

We wtorek 6 czerwca 1944 roku pogoda nie była idealna, ale lepsza niż dzień wcześniej, kiedy pierwotnie miał się rozpocząć desant. Z zachodu wiał wiatr o sile 4 stopni w skali Beauforta, wywołując na morzu krótkie fale, szczególnie odczuwane na małych jednostkach. Z tego powodu flota inwazyjna pozostała w portach, jedynie większość okrętów osłony i zespołów wsparcia już od kilku dni była w morzu.

W operacji "Neptune" brało udział 1213 okrętów pod dowództwem adm. Ramsey’a, w tym pięć polskich: krążownik "Dragon", niszczyciele "Błyskawica" i "Piorun" oraz niszczyciele eskortowe "Krakowiak" i "Ślązak". Ponadto do Francji zmierzało 4126 okrętów desantowych różnych typów i 1600 statków transportowych, w tym 10 polskich: liniowce MS "Batory" i MS "Sobieski", dostosowane do roli transportowca desantowego transportowały żołnierzy alianckich. 

Reklama

Masowiec SS "Poznań" transportował broń i sprzęt, a SS "Kmicic", SS "Kordecki", SS "Chorzów", SS "Narew", SS "Wilno", SS "Katowice" i SS "Kraków" transportowały w kolejnych dniach zaopatrzenie dla walczących stron do  sztucznego portu  Mulberry B przy plaży Gold w Arromanches  gdzie jako falochron został użyty "Modlin".

W morze

Krążownik ORP "Dragon" przydzielony wraz pancernikami "Warspite" i "Ramillies", monitorem "Roberts" oraz krążownikami "Mauritius", "Arethusa", "Frobisher" i "Danae" do zespołu wsparcia ogniowego "D" był w morzu już od 2 czerwca. Bosmat M. Kurkowski, z załogi "Dragona" wspominał:

"Po wyjściu na pełne morze wzięliśmy kierunek na południe. Jak na złość, pogoda się popsuła do tego stopnia, że cały plan musiał ulec opóźnieniu. Po kilku godzinach wzięliśmy inny kierunek — na północny zachód.

Oczom naszym ukazał się dopiero wtedy cały ogrom angielskiej armady, skoncentrowanej do uderzenia. Zobaczyliśmy więc najróżniejszego typu okręty wojenne, pomocnicze, poławiacze min, łodzie desantowe, począwszy od bardzo dużych, a kończąc na najmniejszych, przystosowanych do różnego rodzaju operacji. Nie domyślaliśmy się nawet — trudno to było odgadnąć — do czego mogą być użyte. (...)

Dziwił nas tylko północno-zachodni kierunek, w jakim wszystkie te jednostki się posuwały. Tłumaczyliśmy to sobie różnie. Dopiero pod koniec dnia 5 czerwca okazało się, że z powodu wysokiej fali, będącej dużą przeszkodą dla łodzi desantowych, musiano termin inwazji przesunąć na dzień następny. Tak więc cała doba upłynęła nam na ciągłym kołowaniu po Kanale".

4 czerwca port w Plymouth opuściła 10 flotylla niszczycieli, którą dowodził kmdr B. Jones. Jej pierwszy dywizjon tworzyły niszczyciele "Piorun" i "Błyskawica" oraz brytyjskie "Eskimo" i "Javelin". Okręty otrzymały zadanie patrolowania zachodniej części Kanału La Manche i niedopuszczenia niemieckich jednostek lekkich w rejon operacji desantowej. Dla nich 6 czerwca minął spokojnie. Jedyne wpisy w dziennikach pokładowych dotyczą zauważenia bombowca Ju-88 i obrzucenia przez "Błyskawicę" bombami głębinowymi prawdopodobnego kontaktu z okrętem podwodnym.

Dzień później do operacji ruszyły niszczyciele eskortowe. "Ślązak" osłaniał okręty 15 flotylli trałowców, a "Krakowiak" 6 flotylli, które miały oczyścić drogę dla barek desantowych. Później eskortowce miały dołączyć do zespołu wsparcia ogniowego. W rejon działań dotarły o godzinie 3.03 6 czerwca 1944 roku.

Problemy na starcie

Po wytrałowaniu podejść do brzegu, około godziny 5.00 rano okręty zespołu wsparcia ogniowego ustawiły się na swoich pozycjach naprzeciw plaży "Sword", na której lądowała brytyjska 3 Dywizja Piechoty pod dowództwem gen. Milesa Dempsey’a. "Dragon" otrzymał zadanie zniszczenia baterii haubic 105 mm stacjonującej w Calleville sur Orne. "Ślązak" wraz z 12 innymi niszczycielami zaczął zbliżać się do brzegu, by dać bezpośrednie wsparcie lądującej piechocie.

Skupiając się na uderzeniu na cele lądowe, aliancki zespół zostawił całkowicie odkryte lewe skrzydło. Wykorzystał to dowódca niemieckich sił morskich w tym rejonie, wiceadm. Krancke, który po otrzymaniu meldunków pojawieniu się floty inwazyjnej w Zatoce Sekwany wysłał do ataku cztery torpedowce: "T 28", "Mowe", "Falke" i "Jaguar". Okręty niepostrzeżenie podeszły do alianckiego zespołu na odległość zaledwie czterech kilometrów, wykonały nagły zwrot i odpaliły 24 torpedy.

Mar. Stanisław Mayak, ze składu "Ślązaka" wspominał:

"O brzasku dał się słyszeć z naszej lewej burty głuchy łoskot. Mimo woli oczy obserwatorów zwróciły się w tym kierunku. Przed oczyma ukazał się widok ścinający krew w żyłach. Przełamany na połowę kontrtorpedowiec tonął, a wkoło niego grupki marynarzy walczyły ze śmiercią. Uczucie nieopisanej wściekłości wstrząsnęło całą załogą. Do oczu nabiegła krew. Nie było jednak czasu na gniew.

- Przed dziobem torpeda - wrzasnął któryś z obserwatorów głosem szaleńca. Na chwilę wszystkich zatkało. ‘Ślązak’ raptownie skręcił w lewo. Chwila oczekiwania, która wydawała się tak długa jak wieczność. Nikt nie śmiał jej przerwać. (...)

- Przeszła! - krzyknął głos z prawej burty. Chwila odprężenia. 'Ślązak’ raptownie powrócił na poprzedni kurs, zbliżając się do lądu".

Trafiony został norweski niszczyciel "Svenner", który przełamał się w pół i zatonął w kilka minut. Niemiecki zespół bezpiecznie umknął z pola walki. Jednak jego sukces nie mógł powstrzymać rozpędzonej machiny. Alianckie okręty już zaczynały likwidację punktów oporu.

Strzały na ślepo

"Gruchnęły salwy naszych dział. Oślepiło nas kompletnie. W uszach dzwoni, dym drażni nozdrza, do oczu cisną się ciemne plamy i do złudzenia przypominają reklamę atramentu Stephens Ink. Na horyzoncie ukazały się czerwone błyski wybuchających pocisków. Za nimi, "jak w mokre żyto", szły salwy jedna za drugą i "Dragon" rozszalał się na dobre" - opowiadali po wojnie marynarze "Dragona".

Mimo ogromnego entuzjazmu i zachwytu nad wspaniałym widowiskiem, nie było kolorowo. Tak to wyglądało z punktu widzenia szeregowego marynarza. Na mostku dowódca okrętu, komandor porucznik Stanisław Dzienisiewicz miał sporo problemów. Nie udało się nawiązać kontaktu z obserwatorem, który miał korygować ogień z lądu - został on ranny podczas skoku ze spadochronem. Dowództwo rejonu przydzieliło więc okrętowi samolot z dywizjonu kierowania ogniem. Niestety również z nim nie udało się skontaktować z powodu problemów z łącznością. Kmdr por. Dzienisiewicz postanowił więc samodzielnie "wymacać" wrogą baterię. O 7.02 armaty 152 mm huknęły ogniem.

"Huk zlał się w jeden grzmot, wzmagający się i potężniejący z sekundy na sekundę" - wspominał mat Wincenty Cygan. "Ulatniająca się kurtyna mgły odsłoniła piaszczystą plażę, drogę i fasadami do morza zwrócone budynki. Kontrtorpedowce, wybierając miejsce między sznurami barek, podchodziły tak blisko brzegów, jak tylko głębokość pozwoliła, i defilując grzały w letniskowe hotele. Krążowniki, kołując wolno, szukały miejsca zakotwiczenia. Pancerniki, nieco z tyłu, musiały trzymać się głębszych wód".

Wśród niszczycieli podchodzących na dużej szybkości były także "Krakowiak", który został wysłany na pomoc brytyjskiej 50 Dywizji Piechoty, lądującej na plaży "Gold" oraz "Ślązak". Mar. Mayak tak opisał walkę na najbliższym dystansie:

"Przychodzi naglący sygnał z lądu, prosząc o wsparcie ogniem artylerii okrętowej. 'Ślązak' znajduje się najbliżej, pośpieszył więc na ten sygnał. Wykorzystując chwilową przerwę nieprzyjacielskiego ognia, podsuwa się na odległość nie więcej jak mili od lądu i rozpoczyna huraganowym ogniem ostrzeliwać pozycję nieprzyjacielską w lasku. (...)

'Ślązak' szybko zbliżał się do lądu. W miarę zmniejszania się odległości podniecenie wzrastało.

- Na co czekamy? - pyta jeden drugiego, nerwowo przestępując z nogi na nogę. Pociski padały coraz częściej i bliżej ‘Ślązaka’. Serca były gwałtowniej, a słuch wytężał się, aby jak najprędzej usłyszeć rozkaz otwarcia ognia.

Aż wreszcie:

- Kąt kursowy... cel nieprzyjacielskie baterie na lądzie, ogień ciągły, salwami! - wydziera się przeraźliwie telefonista, przekazując rozkaz z pomostu".

Chwilę później padły salwy z dział 102 mm, które zdemolowały niemieckie punkty oporu na brzegu. Niedługo później na pokład "Ślązaka" dotarła wiadomość od kanadyjskiego oficera z 41 Royal Marine Commando, którzy zostali przyciśnięci do plaży ogniem artyleryjskim: "Sądzę, że uratowaliście nasze tyłki. Dziękujemy. Tak trzymać". Kolejne godziny oba polskie niszczyciele eskortowe operowały w najbliższej odległości od brzegu, uciszając na wezwanie piechoty niemieckich żołnierzy.

"Krakowiak" przeciw okrętom

"Krakowiak" zgodnie z planem operacji, zaraz po zakończeniu osłony trałowania wzmocnił zespół wsparcia ogniowego "K" dowodzony przez kmdr. Longly-Cooka, mający wspierać lądowanie 50 Dywizji Piechoty i 47 Royal Marine Commando na odcinku "Gold".

Kiedy znalazł się w wyznaczonym rejonie z przystani zajętej przez Niemców wyszło kilka kutrów trałowych i uzbrojonych trawlerów rybackich. Kiedy niemieccy szyprowie zobaczyli, co się dzieje z pełną prędkością swych wątłych silników rzucili się do ucieczki. Alianckie okręty natychmiast otworzyły ogień i zasypały gradem pocisków kal. 102 mm uciekające jednostki. Kilku z nich udało się uciec, jednak przynajmniej dwie zostały posłane na dno.

"Krakowiak"do godzin około południowych, podobnie jak "Ślązak" wspierał ogniem piechotę na brzegu

Tymczasem na pokładzie "Dragona" nadal strzelano na ślepo. W końcu po 43 minutach i oddaniu kilku niecelnych salw, łącznościowcom udało się połączyć z załogą samolotu. Jak pisze Edmund Kosiarz od tej pory wszystko poszło bardzo gładko: "Pierwsza salwa 'Dragona' wystrzelona z nowej pozycji ogniowej była za krótka — pociski upadły przed baterią nieprzyjaciela.

Taki meldunek przekazał pilot z samolotu. Po kilkudziesięciu sekundach pociski drugiej salwy wybuchły już w niewielkiej odległości od celu, a trzecia salwa nakryła stanowiska baterii. Jak tylko pilot przekazał o tym meldunek, oficer artylerii polecił prowadzić ogień ciągły, z maksymalną szybkostrzelnością". Dzięki powietrznemu obserwatorowi polscy artylerzyści potrzebowali zaledwie czterech minut, by uporać się z nieprzyjacielską baterią. Chwilę później krążownik ruszył by wspomóc siły główne.

Szybkie starcie

W rejonie Trouville, nad ujściem rzeki Touques "Dragon" został ostrzelany przez baterię Houlgate, której działa 155 mm miały zostać zniszczone przez monitor "Roberts". O 8.55 pierwsze pociski padły około 100-200 metrów od okrętu. W końcu Niemcom udało się wstrzelić - jeden z pocisków uderzył w wodę 30 metrów od lewej burty. Rannych zostało trzech marynarzy, a dowódca postanowił chwilowo wycofać się poza zasięg brzegowej baterii i ustąpić miejsca bardziej opancerzonym i silniej uzbrojonym okrętom: monitorowi "Roberts" i pancernikowi "RamillIes". Kiedy większe okręty przykryły baterię ogniem, "Dragon" powrócił i również rozpoczął systematyczne okładanie Niemców.

Około godz. 16 "Dragon" otrzymał nowe zadanie - miał powstrzymać poruszające się w kierunku brzegu niemieckie czołgi. Jak pisał Jerzy Pertek:

"(...) pułkownik von Oppeln-Bronikowski, dowódca 22. pułku czołgów z 21. dywizji pancernej, który na telefoniczny rozkaz marszałka Rommla rzucił przeciwko aliantom 60 czołgów; część z nich — 25 czołgów — prowadził osobiście. Te właśnie czołgi dostały się w bardzo dokładny ogień "Dragona". W ciągu 15 minut von Oppeln-Bronikówski stracił 6 czołgów i doszedł do przekonania, że jedyne, co

może uczynić, to wycofać się, co też niezwłocznie uczynił. Również druga grupa niemieckich czołgów poniosła straty i musiała zrezygnować z natarcia. W ten sposób nadzieje Rommla na zepchnięcie wojsk alianckich do morza zostały pokrzyżowane przez celny ogień polskiego krążownika".

Było to ostatnie zadanie wykonane tego dnia przez ORP "Dragon". O 23.04 krążownik rzucił kotwicę na nocny odpoczynek. Tuż po tym, kiedy odwołano alarm bojowy nad okręt nadleciał niemiecki bombowiec, który rzucił cztery niecelne bomby. Był to ostatni akord najdłuższego dnia dla polskiego krążownika. Nieco wcześniej walkę ukończyły niszczyciele eskortowe. "Ślązak" odszedł z rejonu operacji o 18.51, aby uzupełnić zapasy amunicji w Portsmouth. "Krakowiak" został włączony w eskortę pancernika "Ramillies" i odszedł spod normandzkich wybrzeży o 22.15 również kierując się do w Portsmouth.

Najdłuższy dzień

Podczas operacji "Neptun" składającej się z dwóch faz i kilku wydzielonych mniejszych działań, zrzucono blisko 24 tysiące spadochroniarzy i żołnierzy piechoty szybowcowej, a także wysadzono na brzeg około 133 tysięcy żołnierzy piechoty i sił specjalnych. W sumie podczas pierwszego dnia inwazji przerzucono około 156 tysięcy alianckich żołnierzy.

W operacji brało udział także około 11 tysięcy samolotów. W tym myśliwce polskiego 131 Skrzydła Myśliwskiego, dowodzonego przez W/Cdr Stefana Janusa oraz 133 Skrzydła Myśliwskiego, którym dowodził W/Cdr Stanisław Skalski. 305 dywizjon bombowy bezpośrednio wspierał lądujące oddziały, a 304 dywizjon obrony wybrzeża i 307 dywizjon myśliwski nocny operowały nad Zatoką Biskajską, prowadząc patrole przeciw niemieckiej żegludze. W noc przed dniem D załogi 300 dywizjonu bombowego bombardowały niemieckie węzły komunikacyjne na zapleczu frontu.

Znakomity historyk i marynista, Edmund Kosiarz, pokusił się o podsumowanie udziału polskich okrętów w pierwszym dniu operacji: "Polskie okręty w pierwszym dniu operacji wywiązały się bardzo sprawnie z postawionych im zadań i zanotowały poważne sukcesy. 'Błyskawica' i 'Piorun' patrolowały wody kanału La Manche.

'Krakowiak' uczestniczył w zniszczeniu co najmniej dwóch pomocniczych trałowców niemieckich i ogniem swych dział skutecznie wspierał oddziały brytyjskie na odcinku lądowania 'Gold'. 'Ślązak' uczestniczył w walce z niemieckimi torpedowcami, a później ostrzeliwał stanowiska nieprzyjaciela, kilkakrotnie ratując z opresji pododdziały alianckie.

'Dragon' w pełni zdał egzamin bojowy, a pod polską banderą w pierwszym dniu operacji inwazyjnej odniósł chyba największe w swej długoletniej karierze sukcesy. Powstrzymanie przez niego kontratakującej grupy pancernej nieprzyjaciela było szczególnie cenne i nie tylko zaważyło na przebiegu działań oddziałów brytyjskich na odcinku lądowania 'Sword', lecz także wpłynęło na ogólny przebieg zmagań w pierwszym dniu inwazji".

Źródła:

E. Kosiarz, "Flota Białego Orła", Gdańsk 1980

J. Pertek, "Wielkie dni małej floty", Poznań 1990

A.S. Bartelski. "The Polish Navy 1918-1945)", polish-navy.org

W. Koszela, “ORP Dragon. Okręt, który nie widział ojczyzny", MSiO 4/2003 (144)

M. Wawrzynkowski, "Okręty typu ‘Hunt II’ w Polskiej Marynarce Wojennej w latach 1941-1946", Oświęcim 2014

M. Borowiak, "ORP Piorun", Warszawa 2000


Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy