Reklama

Brzydziłam się ćwiczeń, a teraz robię je 5 razy w tygodniu. Jakie sprzęty i apki mi w tym pomogły?

Z ćwiczeniami u mnie zawsze było różnie. Wiadomo, jak jest - niby każdy wie, że trzeba albo chociaż powinno się uprawiać jakiś sport, ale jak przychodzi co do czego, to niełatwo jest się za to zabrać. Zobacz, jakie technologie mi w tym pomogły.

Mówią, że mobilizacja przychodzi szybciej, jeśli ćwiczy się regularnie, ale najgorzej jest zacząć, więc jakby nie patrzeć sytuacja bywa dramatyczna. Gdy pewnego dnia usłyszałam, że albo nadejdzie zmiana trybu życia, albo cukrzyca, to przeżegnałam się w duchu... i kompletnie nic z tym nie zrobiłam. Robiło się gorzej, a ja w końcu znalazłam w sobie chęć i siłę na to, żeby się ruszyć. Skąd? Nie wiem, szczerze. Ale pomogły mi w tym niektóre sprzęty.

Rower stacjonarny (wcale nie żartuję)

Wiem, wiem, szczytów tym nie zdobędziemy, ale na początek to naprawdę nie był zły zakup. Wzbijając się za to na szczyt umiejętności wyszukiwania sprzętów wartościowych, wpisałam w Google "tani rower stacjonarny" i wybrałam ten, który najbardziej podobał mi się cenowo, dizajnersko (w końcu miał stać niemal na środku mojego luksusowego apartamentu mierzącego nieco ponad 30 metrów) i miał dobre opinie.

Reklama

Padło na markę Zipro, model One S Gold (która różni się od zwykłego One S jedynie kolorem). Kosztował wtedy trochę ponad 400 zł, ale nie płaciłam za nieco sama, więc nie zabolało aż tak, jak mogło. Składało się go bardzo łatwo. I się zaczęło - z początku po 20 minut, potem przeszło nawet na 50. Rower to odczuł, bo któryś z pedałów postanowił wydawać regularne dźwięki, ale nie było to na tyle irytujące, żeby spróbować złożyć go na nowo, bo może to jednak nie było tak proste, jak myślałam. Wierzę, że dało się to naprawić, ale spotkaliśmy się tu, bo jestem leniwa, więc sami rozumiecie.

Co za to było frustrujące, to że kompletnie nie działało mierzenie tętna... ani właściwie jakiekolwiek mierzenie. Rower ma sprawdzać rytm serca, przebyty dystans, liczbę spalonych kalorii i aktualną prędkość. I pewnie, miałam od tego inny sprzęt (o tym zaraz), ale jak już ten ma takie funkcje, to chciałabym, aby działały. Na tych odczytach nie można polegać. Roweru używały dwie osoby, z dość sporą różnicą wzrostu i choć zmiana wysokości siodełka zajmowała właściwie chwilę, to sprzęt jest jednak przeznaczony bardziej dla niskich person. Posiada 24-miesięczną gwarancję producenta typu door to door, a to zawsze plus.

Jeśli więc potrzebujecie roweru stacjonarnego, na którym będzie można usiąść i pojeździć, ale macie dodatkowe urządzenie, które zmierzy oczekiwane wartości, i przy okazji nie chcecie wydać zbyt dużej ilości pieniędzy, to Zipro One S Gold może być dla was. Oczywiście przed tym, jak zamieni się w mobilną szafkę, bo nawet z serialem jeżdżenie na rowerze stacjonarnym jest szalenie nudne, a ja przerzuciłam się na cardio.

Opaska sportowa przetarła szlak, a za nią podążył smartwatch

Nie oszukujmy się, maratonu ani nawet półmaratonu nie przebiegnę, ale nie o to w tym chodzi. Ważne było dla mnie liczenie kroków czy pokonanych kilometrów, zapisywanie czasu treningów i jakby jeszcze zegarek wyświetlał godzinę, to byłoby super.

Mi Band 5

Opaski sportowej używałam od samego początku jazdy na rowerze. Nie wiedziałam, czy zostanę przy aktywności dłużej, więc kompletnie nie było sensu inwestować w coś drogiego, jeśli miałoby być tylko ładnym dodatkiem albo skończyć na dnie dawno zapomnianej szuflady. Kupiłam zatem Mi Banda 5 i jestem całkiem zadowolona z użytkowania. Przede wszystkim istotna była cena - zapłaciłam za niego wtedy nieco ponad 100 zł. Jest całkiem zgrabny, dobrze reagował na dotyk. Co zajęło szczególne miejsce w moim sercu, to bateria, która potrafiła trzymać aż dwa tygodnie na jednym ładowaniu. Sensor mógłby być lepszy, bo po kilku treningach uważał, że mam puls 76 zamiast 168, ale wystarczyło go przemyć, żeby przypomniał sobie podstawy matematyki. Świetnie służył także do obsługi podstawowych czynności okołosmartfonowych. Jest wodoodporny, co sprawdziłam. Silny strumień wody może wam niechcący sprawdzić pogodę, lecz to się wybacza. Za tak niską cenę dostałam porządny sprzęt, może z nieco małym wyświetlaczem AMOLED, ale w następnej wersji ten jest już większy, i muszę przyznać, że jak na początek przygody z ćwiczeniami, każdemu mogę polecić opaskę sportową Xiaomi.

Apple Watch SE i aplikacja Fitness

O tym smartwatchu napisałam osobną recenzję, do której serdecznie zapraszam, a tu wspomnę po krótce, że był to bardzo dobry wybór i choć zwłaszcza w porównaniu do Mi Banda bateria powinna odejść w stronę słońca albo wysypiska śmieci, Apple Watch SE jest ekstra. Używam go regularnie od ponad roku. Szczególnie istotna okazała się tu rzecz błaha - na jednej z tarcz musimy zamknąć wszystkie obręcze aktywności, żeby wypełniły się kolorami i... żeby było ładnie. Zdobywamy też odznaki za zrobienie miesięcznych oraz specjalnych wyzwań. I to wystarczało jako motywacja w dniach, w których kompletnie nie chciało mi się ruszyć. Ten argument może nie przemówić do wszystkich, ale najważniejsze było to, że działało.

Aplikacja Fitness wyszła spod klawiatur deweloperów z Cupertino. Odczytamy w niej podsumowanie naszych treningów, trendy (czyli np. czy w związku z treningami w dłuższym przedziale czasowym polepszyła się nasza kondycja i chodzimy szybciej/ćwiczymy dłużej itp.), sprawdzimy zdobyte, wspomniane wcześniej nagrody oraz zerkniemy na dokładne dane dotyczące naszej aktywności dziennej - ile kroków czy kilometrów zrobiliśmy, jak długo byliśmy na nogach, na ile pięter się wdrapaliśmy, jak długi był trening itd. Apka jest bardzo prosta w obsłudze i pełni rolę fitnesowego dziennika.

Kontrola najwyższą formą zaufania, czyli waga Huawei Scale 3 i aplikacja Huawei Zdrowie

Pomysł na tę wagę pojawił się, dlatego że moja poprzednia każdego dnia pokazywała diametralnie różne wartości. I choć daleka jestem od odmawiania sobie posiadania wspaniałych umiejętności, nie było to możliwe, żebym tak szybko chudła i przybierała na wadze na przestrzeni tak krótkiego czasu. Jak już można zauważyć, w rozpoczęciu w domyśle regularnych ćwiczeń ważne było dla mnie używanie dobrych, ale w miarę tanich sprzętów (pomijam tu Apple Watcha, który pojawił się, gdy już miałam pewność, że to ma sens). Wybrałam zatem inteligentną wagę Huawei Scale 3 za około 150 zł. Sparowanie jej z jakimkolwiek urządzeniem było długą przygodą, której raczej nie chcę powtarzać. Ale udało się. I zanim rozkrzyczą się osoby, które są przeciwne codziennemu lub częstemu ważeniu się, muszę wspomnieć, że istnieją konkretne kondycje zdrowotne, przy których jest to niestety konieczne.

Dane odczytywane przez wagę sprawdzimy na jej wyświetlaczu, ale po szczegółowe musimy już udać się do aplikacji Huawei Zdrowie. I na szczęście ta miała ostatnio aktualizację, która zmieniła wygląd i sposób rozmieszczenia informacji na ekranie, co okazało się szalenie istotne i usprawniło korzystanie z obydwu sprzętów. Znajdziemy w niej: odczyt tętna podczas mierzenia (to akurat dość zabawne), podstawową przemianę materii, procentową zawartość tkanki tłuszczowej, masę beztłuszczową, zawartość wody w organizmie, poziom trzewnej tkanki tłuszczowej i kilka innych parametrów. Co istotne, wagi może używać kilka osób i nie wpływa to na jakość odczytu. Ale skoro o nim mowa, to nie ma co się oszukiwać, to nie jest najbardziej profesjonalna waga na świecie - tzn. liczbę kilogramów odda porządnie. Gorzej jest z innymi wartościami, które potrafią szaleć, jakby jutra miało nie być. Z założenia jednak traktowałam to jako wskazówkę, a nie niepodważalny fakt, więc swoje zadanie jak najbardziej spełnia do teraz.

A co na dokładkę? Fitatu będzie patrzeć na talerz, ale tylko jeśli dostarczymy mu danych

Absolutną stratą czasu i pieniędzy okazała się natomiast aplikacja Fitatu. Za jej pełną wersję nie zapłaciłam sporo, bo 49,99 zł. Zamysł był dobry. Aby kontrolować to, ile kalorii spożywam dziennie, potrzebowałam wiedzieć, ile ma każdy konkretny produkt. Z matematyką nigdy nie było nam po drodze, więc w takich momentach trzeba się ratować. Dzień w dzień powinno się wrzucić odpowiednie dane do apki i wystarczyło mi cierpliwości na to tak przez... tydzień. Ogromną zaletą było to, że dało się odnaleźć produkty dostępne w dyskontach, a potem wybrać plaster sera albo trzy itd. Aplikacja jest płynna, raczej intuicyjna, w darmowej wersji irytowały mnie reklamy i niedostępność niektórych funkcji, ale uważam, że na samym początku walki z proporcjami i deficytem kalorycznym to jest dobre narzędzie, jednak po prostu nie dla mnie. Nie umiem prowadzić regularnie kalendarza czy dziennika, więc ten statek niestety bezpowrotnie zatonął i jeśli muszę wpisywać coś ręcznie, to serdecznie dziękuję za współpracę, ale przyznaję, że nawet ten tydzień pozwolił mi zorientować się, co mniej więcej z czym łączyć i jak ten deficyt utrzymać. Czy udaje się zawsze? Pewnie nie, ale jak już mówiłam, spotkaliśmy się tu, bo jestem leniwa... a jednak ćwiczę 5 razy w tygodniu

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy