Reklama

Broń z drugiej ręki

Oprócz rynku nowego uzbrojenia i sprzętu wojskowego dostarczanego klientom prosto z linii produkcyjnych istnieje równie popularny rynek wtórny.

Wielki boom w sferze obrotu używanym uzbrojeniem nastąpił po zimnej wojnie. Po jej zakończeniu państwa rywalizujących ze sobą bloków wojskowych - NATO i Układu Warszawskiego - postanowiły zredukować swoje siły zbrojne. Na rynku pojawiły się duże nadwyżki taniej, a zarazem stosunkowo nowej jeszcze broni.

Nie tylko biedni

Pomimo upływu lat sprzęt używany ciągle cieszy się dużym powodzeniem wśród państw z mniejszym budżetem. Kupują go jednak także te zaliczane do grona najzamożniejszych. Krajem, który nie wzdraga się przed wzmacnianiem swego potencjału militarnego uzbrojeniem z drugiej ręki, jest na przykład Australia.

W grudniu 2011 roku australijską banderę podniesiono na okręcie desantowym HMAS "Choules", który kilka miesięcy wcześniej odkupiono od Wielkiej Brytanii. Gdy służył on od listopada 2006 roku we flocie pomocniczej (Royal Fleet Auxiliary), nosił nazwę "Largs Bay". Zamiar zredukowania jednostek tego typu rząd Zjednoczonego Królestwa ogłosił w opublikowanym w końcu 2010 roku przeglądzie strategicznym bezpieczeństwa i obrony. Za "Choulesa", mogącego przetransportować do 700 żołnierzy, a także pojazdy pancerne, w tym czołgi, australijski resort obrony zapłacił 65 milionów funtów szterlingów. Gdyby zdecydowano się na zamówienie nowego okrętu, koszty byłyby wielokrotnie wyższe, a na jego dostawę musiano by czekać kilka lat.

Reklama

Wysoki koszt transakcji

Zakup ten nie jest pierwszą taką australijską transakcją. W 1994 roku Canberra nabyła dwie jednostki typu Newport. Okręty te miały już za sobą ponad 20 lat służby w US Navy. Przed wcieleniem desantowców do australijskiej floty dokonano znaczącej modyfikacji w stosunku do pierwotnego projektu. Przeróbki HMAS "Kanimbla" i "Manoora" były bardzo kosztowne. Wydano na nie 400 milionów dolarów australijskich, podczas gdy na sam zakup tylko 61 milionów. Desantowce zakończyły służbę w 2011 roku.

Australia kupuje z drugiej ręki nie tylko okręty. W grudniu 2011 roku zapowiedziano nabycie od USA dwóch śmigłowców transportowych CH-47D Chinook. Wcześniej, korzystając z możliwości, jakie daje rynek wtórny, dokonano zmiany generacyjnej czołgów w wojskach lądowych. Za pół miliarda kupiono 59 czołgów M1A1 Abrams i siedem wozów zabezpieczenia technicznego M88A2 Hercules, które weszły do służby po wycofaniu Leopardów 1.

Wysoki koszt transakcji wynika z tego, że Abramsy zostały zdemontowane, po czym każdą z ich części sprawdzono i wymieniono te, które nie nadawały się do renowacji.

Pokojowa dywidenda

Na zakup używanych czołgów zdecydował się w ostatnich latach inny zamożny kraj - Kanada. Ottawa nie wybrała jednak produktu swego sąsiada, USA, tylko Leopardy 2A4 z nadwyżek holenderskich. W 2007 roku zawarto umowę sprzedaży dotyczącą stu czołgów. Dwadzieścia z nich postanowiono doprowadzić do standardu niemieckiego Leopard 2A6, gdyż tyle wozów wydzierżawiono od armii niemieckiej na potrzeby misji w Afganistanie. Kanadyjczycy mieli zwrócić czołgi w takim stanie, w jakim je otrzymali.

Kanada przeznacza bardzo duże środki na rozwój marynarki wojennej, ale podobnie jak Australia, gdy nadarzyła się okazja, wybrała jednostki z drugiej ręki. W 1998 odkupiła od Wielkiej Brytanii za 244 miliony funtów szterlingów cztery okręty podwodne typu Upholder.

Dla porównania w latach osiemdziesiątych XX wieku podawano cenę 215 milionów dolarów za jeden egzemplarz. Jednostki, które weszły do służby w 1990 roku, wycofano już po czterech latach. Londyn zrezygnował też z kolejnych Upholderów (początkowo chciano ich zbudować tuzin). Jest to przykład pokojowej dywidendy, jaką przyniosło zakończenie zimnej wojny.

Komis z zabawkami

W latach dziewięćdziesiątych państwa europejskie, tak jak Wielka Brytania, redukowały swe siły zbrojne, i na rynku pojawiło wiele typów w miarę nowego uzbrojenia. Wiele krajów korzystało z tego - rezygnowało ze starszych typów broni i tanio kupowało nowocześniejsze.

Doskonałym tego przykładem był rynek czołgowy, na którym królował Leopard 2. Pojazdy z nadwyżek armii holenderskiej i niemieckiej kupiły między innymi Austria, Hiszpania, Portugalia, Norwegia, Finlandia i Szwecja. Podobne transakcje zawarli też tradycyjni użytkownicy sprzętu second-hand z południa Europy - Grecja i Turcja. Niektórzy, jak na przykład Grecja i Hiszpania, zamówili też nowe Leopardy, a używane "dwójki" kupiły również państwa spoza Europy - Chile i Singapur.

Nabywców znalazły też starsze Leopardy 1 wycofywane z armii Niemiec, Holandii i Belgii. Grecja kupiła bądź otrzymała w ramach offsetu prawie ćwierć tysiąca wozów z Bundeswehry, a kolejne 170 przekazała jej Holandia. Od Belgii w drugiej połowie lat dziewięćdziesiątych 128 Leopardów 1 nabyła Brazylia, a później dokupiła jeszcze ćwierć tysiąca tych czołgów do Niemców. Dwieście eksholenderskich "jedynek" nabyło natomiast Chile, z czego 30 odsprzedało później Ekwadorowi. Belgowie odstąpili 43 czołgi Leopard 1 i 28 innych pojazdów pancernych Libanowi.

Problemem okazała się jednak postawa rządu Niemiec, który nie zgodził się na reeksport. Za to transakcję dotyczącą transporterów opancerzonych zaakceptowały władze USA.

Skorzystała też Polska

Po zjednoczeniu Niemcy, poza uzbrojeniem zbędnym Bundeswehrze, oferowały też broń i sprzęt przejęte po siłach zbrojnych Niemieckiej Republiki Demokratycznej. I znalazły na nie nabywców. Setki bojowych wozów piechoty BWP-1 i gąsienicowych transporterów opancerzonych kupiła Szwecja. Znacząca ilość poenerdowskich pojazdów pancernych i systemów przeciwlotniczych trafiła do Grecji, a wiele okrętów do dalekiej Indonezji. Niemcy przekazali część sprzętu w formie darów niektórym z sojuszników, na czym skorzystała też Polska.

Na rynku wtórnym, poza Niemcami, bardzo aktywna była Holandia. Zamierzała sprzedać ostatnie czołgi Leopard 2. W latach dziewięćdziesiątych Haga pozbyła się kilkuset bojowych wozów piechoty YPR-765, które kupił Egipt. Kraj ten nabył podobne pojazdy także od Belgii. Równie wielka była wyprzedaż holenderskich okrętów wojennych. Skorzystali z niej Grecy, którzy dokupili do dwóch posiadanych już fregat typu Kortenaer osiem okrętów. Kosztowały one w granicach 30-40 milionów dolarów za sztukę. W ostatnich latach, po sprzedaniu Kortenaerów, Holendrzy pozbyli się też większości nowszych fregat typu Karel Dorman. Po dwa okręty kupiły Chile, Portugalia i Belgia. Równocześnie ta ostatnia odsprzedała swe trzy starsze jednostki Bułgarii.

Broń zachodniej produkcji

Poza okrętami i sprzętem wojsk lądowych w latach dziewięćdziesiątych na europejskim wtórnym rynku broni pojawiły się samoloty, w tym bojowe. Tu również aktywnością wykazała się Holandia, redukująca liczbę myśliwców F-16. Udało się jej sprzedać ponad 20 samolotów do Chile i Jordanii. Ta ostatnia nabyła "szesnastki" również w sąsiedniej Belgii.

Francja dostarczyła natomiast eskadrę używanych Mirage 2000 Brazylii. Hiszpania odkupiła od USA używane F/A-18 Hornet, a jej zachodni sąsiad Portugalia nabyła tam 45 F-16A/B. Lizbona uzyskała też 50 szkolnych maszyn Alpha Jet od Niemiec.

Broń zachodniej produkcji nie była dostępna dla wszystkich zainteresowanych państw. Jednych nie było stać na nią nawet po obniżonych cenach, innym nie chciano jej sprzedać z powodów politycznych, na przykład ze względu na łamanie praw człowieka bądź podejrzenia o powiązania z terroryzmem czy też groźbę zachwiania równowagi regionalnej. Tę niszę wypełniała często broń z krajów Wspólnoty Niepodległych Państw, aczkolwiek szczegóły transakcji bywały niejasne.

Okazji szukają też bardzo zamożni

Przykładem jest porwanie przez somalijskich piratów płynącego do Kenii statku "Faina". Niebawem po informacji, że transportuje on uzbrojenie, w tym czołgi T-72, pojawiły się wątpliwości, kto jest prawdziwym jej nabywcą. Prosta, tania broń z czasów ZSRR była w ostatnim dwudziestoleciu bardzo pożądana w Afryce, gdzie toczyły się krwawe wojny domowe.

Uzbrojenie z drugiej ręki to znaczący segment światowego rynku handlu bronią. Okazji na nim szukają zarówno biedni, jak i bardzo zamożni. Niemniej jednak, decydując się na takie transakcje, należy uwzględniać, że cena zakupu może stanowić tylko ułamek kosztów.

Przed wprowadzeniem do wojska sprzęt trzeba zwykle wyremontować, więc często optymalnym rozwiązaniem jest zamówienie jego modernizacji u sprzedawcy. Lepiej wydać więcej i kupić nowszy produkt, bo dzięki temu będzie dłużej użytkowany.

Tadeusz Wróbel

Śródtytuły pochodzą od redakcji portalu INTERIA.PL

Polska Zbrojna
Dowiedz się więcej na temat: rynek wtórny | broń | okręt | handel | Polska | czołg | samolot | Niemcy

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy