Reklama

Pandemia chaosu w Afryce

Pogłębiające się kryzysy w Sudanie, Somalii, Nigerii oraz ostatnio w Mali rodzą pytania co do stabilności Afryki. Lista państw bezpośrednio zagrożonych upadkiem jest długa.

Nie ma przesady w stwierdzeniu, że Afryka nieustannie zmaga się z licznymi kryzysami polityczno-militarnymi. Właściwie nie ma roku, by do światowej opinii publicznej nie docierała informacja o kolejnych wojnach etnicznych czy zamachach stanu.

85 udanych przewrotów

Trudno uwierzyć, ale w latach 1952-2000 na tym kontynencie odnotowano aż 85 udanych przewrotów w 33 państwach. Na przestrzeni lat chaos i katastrofy humanitarne stały się niemal codziennością Afryki, szczególnie w Sudanie i Somalii, gdzie od dawna nie ma sprawnych rządów, które mogłyby zaprowadzić porządek. Nie inaczej było w ostatnich latach. Przybierająca na sile religijna wojna domowa w Nigerii, a ostatnio także chaos w Mali, gdzie doszło do nieoczekiwanego przewrotu, pozbawiają jakichkolwiek nadziei na to, że nastąpi jakościowa zmiana w afrykańskich realiach.

Reklama

Kłopoty się pogłębiają

Niestety, wiele wskazuje na to, że w tym roku problemy na tym kontynencie jeszcze się pogłębią. Do listy państw, które od dawna zagrożone są upadkiem i anarchią (Demokratyczna Republika Konga, Zimbabwe, Republika Środkowoafrykańska, czy też Czad i Kenia), trzeba dopisać kolejne. Za każdym razem kryzys w jednym kraju wywołuje efekt domina: konsekwencje ponoszą nie tylko bezpośrednie ofiary załamania się władzy, lecz także ich sąsiedzi, którzy niemal zawsze są niezwykle podatni na wszelkie takie wstrząsy. Tym samym nawet teoretycznie niewielki kryzys w jednym kraju może ogarnąć cały region i rozszerzyć się niczym zabójczy wirus.

Ugandyjski problem

Eksperci z niepokojem obserwują wydarzenia w Ugandzie, która graniczy z czterema niestabilnymi państwami: demokratyczną Republiką Konga, Sudanem, Rwandą oraz Kenią. Napięcia na tle ekonomicznym, politycznym i społecznym są coraz większe, a odkrycie złóż ropy naftowej (nawet 2,5 miliarda baryłek) może je jeszcze nasilić, tym bardziej że słabe władze od lat nie potrafią wprowadzić odpowiednich ustaw regulujących wydobycie i eksport tego cennego surowca, które wiele grup chciałoby kontrolować. Negocjacje w sprawie budowy rafinerii ciągle są na wstępnym etapie.

Krwawa woja o ropę

Bezpośrednim powodem obaw co do przyszłości państwa są narastające w ostatnim czasie protesty społeczne - ludzie zaczęli masowo wychodzić na ulice i krytykować wysokie koszty życia w Ugandzie, a także sprawującego władzę od 1986 roku prezydenta Yoweriego Museveniego. Coraz częściej przeciwko demonstrantom wysyłane są siły porządkowe - opozycja nie zamierza się poddawać i grozi odwołaniem głowy państwa. Ci bardziej radykalni nie wykluczają metody siłowej. Skala protestów świadczy o tym, że Museveni nie jest wszechwładny - w razie kryzysu musiałby liczyć na wojsko, które w państwach afrykańskich często pełni rolę nie obrońcy ładu, lecz siły politycznej przejmującej władzę. Nie można więc wykluczyć ugandyjskiego przewrotu wojskowego, który w najlepszej sytuacji zakończy się szybkim przejęciem władzy, a w najgorszym - krwawą wojną, także o dostęp do ropy naftowej.

Pandemia chaosu

Problemem pozostaje także polityczno-religijna organizacja paramilitarna o charakterze terrorystycznym, znana jako armia Bożego Oporu. Również tutaj mamy do czynienia z pandemią chaosu. Grupa ta, pierwotnie operująca tylko w Ugandzie, działa bowiem także w państwach sąsiednich, które mają z nią coraz więcej kłopotów. W ostatnich miesiącach Armia Bożego Oporu wznowiła działania bojowe, przegrupowując się w mniejsze oddziały. Sytuacja stała się do tego stopnia niepokojąca, że pod koniec marca Unia Afrykańska podjęła decyzję o sformowaniu sił liczących pięć tysięcy żołnierzy, w których (przy militarnym wsparciu Stanów Zjednoczonych) znalazły się kontyngenty ze wszystkich państw borykających się z atakami tej grupy: z Ugandy, Republiki Środkowoafrykańskiej oraz Sudanu Południowego.

Armia Bożego Oporu

- Doszło do odnowienia przemocy. Przybycie Amerykanów niczego nie zmieniło - zauważa Martin Modove, proboszcz katolickiej diecezji w przygranicznej prowincji środkowoafrykańskiej Obo. Okoliczna ludność znów boi się partyzantów, zanika dawna ufność wobec Amerykanów. Im aktywniejsza stanie się Armia Bożego Oporu, tym więcej będzie uchodźców. Już dziś władze Demokratycznej Republiki Konga alarmują, że przestają sobie radzić z napływem ludności z Republiki Południowoafrykańskiej. Na sytuację w tym kraju z kolei silnie oddziałuje chaos w Sudanie Południowym oraz w Czadzie, mających problemy odpowiednio z Sudanem i Nigrem. Demokratyczna Republika Konga sama również ma wpływ na destabilizację sąsiadów - władza jest słaba, nie kontroluje znacznych części państwa, a to zwiększa aktywność lokalnych watażków.

Kto następny?

Obszar Afryki Środkowowschodniej nie jest jedynym niestabilnym. Afrykańczycy z wybrzeża zachodniego, głownie Senegalczycy, Malijczycy (sami w trakcie przewrotu) oraz Gwinejczycy, z niepokojem patrzą na niewielkie państewko Gwinea Bissau, którego prezydent Malam Bacai Sanhá zmarł w styczniu 2012 roku. Swoją szansę dostrzegli wtedy oficerowie, którzy dokonali przewrotu wojskowego. doprowadziło to do natychmiastowego zaognienia relacji z sąsiednią Angolą, która w Gwinei Bissau utrzymuje kontyngent wojskowy - oficjalnie, by wspierać szkolenie sił zbrojnych.

Krwawy efekt domina

Także i tu nastąpił efekt domina: do przewrotu najpierw doszło w sąsiednim Mali, a dopiero później w Gwinei Bissau, gdzie zamachowcy postanowili wykorzystać dogodny moment. Przedłużająca się niespokojna sytuacja w obu tych państwach może doprowadzić do kolejnego przewrotu w Gwinei - taką próbę podjęto już w lipcu 2011 roku. Chaos w trzech państwach regionu nie pozostałby bez konsekwencji dla dwóch kolejnych: ciągle wychodzącej na prostą po długoletniej wojnie domowej Liberii oraz Wybrzeża Kości Słoniowej, które ma w swej najnowszej historii oprócz przewrotu (1999) dwie wojny wewnętrzne (2002-2007 oraz 2010-2011).

Żadne z tych państw nie wytrzyma nowych impulsów destabilizacyjnych. Nic więc dziwnego, że podobno Portugalia rozważa interwencję zbrojną ze wsparciem Unii Afrykańskiej, ale ta bardziej martwi się sytuacją w Mali. Czy dojdzie do operacji militarnej, nie sposób przewidzieć, podobnie jak tego, które państwo afrykańskie będzie następne.

Robert Czulda


Polska Zbrojna
Dowiedz się więcej na temat: Afryka | konflikt | wojna | ropa naftowa

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy