Reklama

Poborowi z wyspy Sachalin przejadą połowę planety, żeby walczyć dla Putina

Mają do przejechania 7 tysięcy kilometrów, zanim trafią na front pod ostrzał ukraińskich pocisków. Mobilizacja w Rosji wkroczyła w fazę totalną. Wezwania do wojska dostali nawet rezerwiści na Sachalinie.

Wyspa Sachalin to najdalej na północ wysunięta część Rosji, która kojarzy się z gułagami i zabójczym klimatem. Po drugiej wojnie światowej wraz z Wyspami Kurylskimi przejęli ją Sowieci i natychmiast okryła się złą sławą. Po ogłoszeniu mobilizacji przez Władimira Putina na wojnę z Ukrainą wezwanie dostało tysiące rekrutów na Sachalinie. Przed pociągami dzieją się dantejskie sceny.

Nabór do armii odbywa się tak samo jak w czasie II wojny światowej. Najpierw wszyscy pracownicy danego zakładu są wzywani w jedno miejsce. Następnie urzędnik zajmujący się mobilizacją wyjmuje listę i każdy wyczytany natychmiast jest zabierany transportem na front. Nie ma czasu pożegnać się z rodziną czy zabrać z domu rzeczy. Odmowa oznacza nawet 10 lat ciężkiego więzienia. 

Reklama

We wsi Nogliki na Sachalinie jest 11 tysięcy mieszkańców. Na miejscowej stacji do składu doczepiono dwa specjalne wagony, którymi poborowi pojadą na front do Ukrainy. Jeśli transport będzie jedynie koleją, to musieliby jechać nawet tydzień. Każdy z młodych mężczyzn powołanych do armii Putina ma do przejechania ok. 7 tysięcy kilometrów. To mniej więcej tyle, jakby wysłać poborowych z Krakowa na wojnę do Nowego Jorku.

Podobnie sytuacja wygląda w wiosce Ajchal na dalekiej Jakucji. Mieszka tam jedynie 14 tysięcy osób, ale poborowi ustawili się w długiej kolejce oczekując na autobusy, którymi pojadą dalej. Stoją bez słowa sprzeciwu i spokojnie czekają na zaszeregowanie do jednostki. Takie sceny na tych terenach były widziane w czasie II wojny światowej.

Kolejne historyczne sceny dzieją się na dalekowschodnich lotniskach. Poborowi są autobusami przywożeni na wojskowe lotniska, a następnie czekają w długiej kolejce do wojskowych samolotów transportowych. Tak jest np. w Chabarowsku, gdzie samoloty zabierają przyszłych żołnierzy nawet w nocy.

Nie wszystkim podoba się pomysł osobistego sprawdzenia skuteczności ukraińskich wyrzutni Himars i za wszelką cenę próbują uciec z Rosji. Jedno z moskiewskich lotnisk przeżywa prawdziwe oblężenie. 

Bilety lotnicze już dawno się skończyły, ale ze względu na nadzwyczajną sytuację linie lotnicze uruchamiają dodatkowe loty. W serwisie śledzącym loty samolotów Flightradar24 wygląda to dokładnie tak, jak ktoś mógłby sobie wyobrażać "wielką ucieczkę".

Niektórzy poborowi próbują ukryć się w domu, ale nie zawsze jest to skuteczne. Liczy się pomysłowość. Ważna jest pomoc najbliższej rodziny.

Skala mobilizacji w Rosji jest absolutnie bezprecedensowa. Mimo tego, że pomysł mobilizacji nie spodobał się wielu Rosjanom, to protesty okazały się bardzo skromne. Na pomoc Putinowi zapowiadającemu ostateczną wojnę z Zachodem ruszył patriarcha Rosyjskiego Kościoła Prawosławnego. Skierował on do poborowych odezwę, aby śmiało iść na wojnę i nie bać się śmierci. "Jeśli umrzesz za swój kraj, będziesz z Bogiem w Jego królestwie, chwale i życiu wiecznym" - te słowa rosyjskiego duchownego zacytował portal "Nexta".

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy