Reklama

Prąd z elektrowni na orbicie? Ten pomysł może uratować świat

Europejska Agencja Kosmiczna (ESA) chce zbudować na orbicie farmy słoneczne, a prąd bezprzewodowo przesyłać na Ziemię. Atak Rosji na Ukrainę tylko przyspieszył te plany. Pomysł jest rodem z powieści S-F, ale naukowcy już rozpoczęli testy.

W 2022 przeżywamy jeden z największych kryzysów energetycznych w historii. Ceny surowców poszły w górę, Rosja zakręciła "kurki z gazem", a kolejne państwa rozważają sytuacje alarmowe na wypadek, jeśli zacznie brakować prądu. Pojawiła się pilna potrzeba nadzwyczajnych pomysłów na ratowanie świata przed zapaścią energetyczną. Jeden z najciekawszych przedstawiła Europejska Agencja Kosmiczna. Projekt nosi nazwę "Solaris" czyli taką samą, jak legendarna powieść Stanisława Lema. I jest równie fantastyczny.

ESA: uratują nas farmy słoneczne w kosmosie

Pomysł pozyskiwania "energii w kosmosie" nie jest nowy, ale zawsze pojawiał się problem z przesyłaniem jej na Ziemię. Naukowcy z ESA twierdzą, że mają proste rozwiązanie. Projekt "Solaris" zakłada, że już w 2025 roku na orbicie pojawiłaby się pierwsza farma słoneczna. Panele słoneczne na orbicie okołoziemskiej zamieszczone na satelitach będą w stanie produkować energię przez 24 godziny na dobę. Światło słoneczne w górnej części atmosfery jest dziesięciokrotnie bardziej intensywne niż na powierzchni Ziemi. 

Reklama

Stworzenie odpowiednio wydajnych paneli słonecznych pozwoli wytworzyć energię, którą można przesłać na Ziemię za pomocą mikrofal o częstotliwości 2,45 GHz. Europejska Agencja Kosmiczna przedstawiła nawet schemat działania takiej orbitalnej farmy słonecznej. Mikrofale wysłane z orbity byłyby przechwytywane przez potężne anteny w stacjach odbiorczych, a następnie przekształcane w energię elektryczną. Tak uzyskany prąd wystarczy potem dostarczyć do lokalnych sieci.

Naukowcy z ESA wierzą, że to jedyny sposób na całkowite uniezależnienie się ludzkości od paliw kopalnych. Taki sposób pozyskiwania energii słonecznej jest niezależny od pogody, zachmurzenia itp. Pozostaje jednak sprawa wielkości paneli słonecznych. Naukowcy policzyli, że projekt okaże się opłacalny wtedy, jeśli ogniwa słoneczne na orbicie będą bardzo duże. Teoretycznie jest możliwe, że jeden satelita projektu SOLARIS może rozwinąć panele słoneczne o długości nawet kilkuset metrów. Na Ziemi stacje odbiorcze muszą mieć rozłożone anteny odbiorcze o powierzchni nawet dziesięciokrotnie większej niż panele słoneczne w kosmosie. Niby drobiazg, ale także pojawia się problem znalezienia ogromnych terenów pod budowę takich stacji odbiorczych.

ESA: pierwsza "kosmiczna elektrownia" za dwa lata

Naukowcy z Europejskiej Agencji Kosmicznej wierzą, że ich projekt to jedyna szansa na uzyskanie najtańszej i najczystszej "zielonej energii". Przedstawiają także poruszające wyobraźnię wyliczenia. Tylko jeden satelita projektu SOLARIS może generować nawet 2 gigawaty mocy, czyli dokładnie tyle, co elektrownia jądrowa. To wystarczy, aby zapewnić energię elektryczną dla miliona domów. Aby uzyskać taką samą ilość energii na Ziemi, należałoby ustawić ponad sześć milionów konwencjonalnych paneli słonecznych, które oczywiście nie dawałyby energii w nocy i obniżały swoją wydajność w dni pochmurne.

Jest jeszcze jedna zaleta tego pomysłu. Energia ze Słońca uzyskana na orbicie może być kierowana za pomocą fal radiowych w dowolny punkt na Ziemi, ale także - jeśli zajdzie taka potrzeba - na Księżyc.

ESA zapowiada pierwsze testy farmy słonecznej na orbicie w ciągu najbliższych dwóch lat. Naukowcy z ESA wierzą, że do 2050 dzięki ich projektowi Europa stanie się całkowicie niezależna energetycznie.

INTERIA.PL

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy