Reklama

USS Gerald Ford, czyli lotniskowiec będący niczym prawdziwe miasto

Najpierw szybkie ćwiczenia na siłowni, potem spacer, prysznic, kubek kawy z kawiarni i do pracy. Potem obiad, pół godziny medytacji i czas na kino. A w drodze do domu szybka wizyta na poczcie, żeby odebrać paczkę z Amazona. Dzień jak co dzień. Chyba dzień, bo dzień i noc zlewają się nieco, kiedy tygodniami nie widzisz słońca. I czasami nawet nie wiesz, w której strefie czasowej aktualnie znajduje się twoje miasto.

Najpierw szybkie ćwiczenia na siłowni, potem spacer, prysznic, kubek kawy z kawiarni i do pracy. Potem obiad, pół godziny medytacji i czas na kino. A w drodze do domu szybka wizyta na poczcie, żeby odebrać paczkę z Amazona. Dzień jak co dzień. Chyba dzień, bo dzień i noc zlewają się nieco, kiedy tygodniami nie widzisz słońca. I czasami nawet nie wiesz, w której strefie czasowej aktualnie znajduje się twoje miasto.
Ogromny lotniskowiec USS Gerald /Mass Communication Specialist 2nd Class Ridge Leoni/U.S. Navy /Getty Images

Tym miastem jest USS Gerald Ford - najnowocześniejszy lotniskowiec amerykańskiej marynarki i pierwszy przedstawiciel zupełnie nowej generacji tych okrętów, pierwszej, jaką zaprojektowano od lat 60. XX wieku. Amerykańskie superlotniskowce są kluczowym elementem amerykańskiej potęgi wojskowej, ale stacjonujące na nich samoloty nie zrzuciłyby nawet jednej bomby, gdyby nie tysiące ludzi, którzy dzień i noc pracują, by upewnić się, że to pływające miasteczko działa jak w zegarku. 

Podstawową funkcją i jedynym powodem do istnienia lotniskowców są, rzecz jasna, operacje prowadzone przez stacjonujące na ich pokładach samoloty i śmigłowce. Około dwa i pół tysiąca ludzi żyjących i pracujących na pokładzie jednostki stanowi jego “skrzydło lotnicze" - to piloci, planiści i mechanicy, których zadaniem jest upewnienie się, że bojowe zadania wyznaczone załodze lotniskowca są wykonywane sprawnie i skutecznie. 

Reklama

Ale większość załogi samoloty widuje co najwyżej w drodze do swoich innych obowiązków. Trzy tysiące ludzi stanowią załogę samego statku. Robią wszystko - od upewnienia się, że reaktor jądrowy działa jak należy, po zmywanie naczyń i przepychanie rur kanalizacyjnych.

A jest gdzie pracować, bo to pływające miasto ma na pokładzie niemal wszystko, czego można spodziewać się po lądowym miasteczku podobnej wielkości. Od kilku stołówek, serwujących 18 tys. posiłków dziennie, przez dużą pralnię, gabinety dentystyczne, sklepy, kino, klon Starbucksa ("The Buck Stop") serwujący m.in. karmelowe macchiato i mokkę z białej czekolady, pocztę, aż po uniwersalną kaplicę, którą można dostosować do potrzeb każdego reprezentowanego wśród członków załogi wyznania. 

Jest też biblioteka, wyposażona nawet w książki dla dzieci. Najmłodszych co prawda na pokładzie nie ma, ale rodzice mogą skorzystać z umieszczonych w bibliotece budek i czytać książki dzieciom, które zostały w domu. 

Na pokładzie są fryzjerzy, bariści, urzędnicy, dentyści, lekarze, hydraulicy i wiele, wiele innych specjalności. Jest nawet pokładowa gazeta i kanał telewizyjny, dostarczający "lokalne wiadomości".

Pod pokładem jest również co robić, bo większość załogi rzadko widuje świat na zewnątrz okrętu. Z pokładu i hangaru roztaczają się wspaniałe widoki na morze i niebo, ale te miejsca są podczas normalnych operacji statku tak niebezpieczne, że dostęp do nich mają tylko nieliczni. Marynarz, który pracuje pod pokładem, może spędzić całe tygodnie, nie widząc światła dziennego.

Dobrze być odpornym na klaustrofobię, bo na całym statku wolna przestrzeń jest na wagę złota. Aby dostać się z miejsca na miejsce, personel musi wspinać się po prawie pionowych stopniach i przeciskać się obok siebie w wąskich korytarzach. Najniżsi rangą marynarze śpią w przedziałach, które dzielą z około 60 innymi osobami. Wszyscy śpią na pojedynczych pryczach, rozmieszczonych wzdłuż ścian na trzech poziomach. Każda osoba dostaje mały schowek i pionową szafkę na ubrania i rzeczy osobiste, a wszyscy w przedziale mają wspólną łazienkę i mały wspólny obszar z telewizorem podłączonym do jednej z anten satelitarnych okrętu. Oficerowie cieszą się większą przestrzenią i lepszymi meblami, ale ich przestrzeń też jest ograniczona. 

Ale przestrzeń osobista nie jest jedynym, z czego muszą zrezygnować marynarze w zamian za możliwość pływania dookoła świata na pokładzie największego okrętu wojennego w historii. Na pokładzie trzeba się pożegnać także ze smartfonami. Tu nie ma wifi ani zasięgu sieci komórkowej. Tinder też raczej nie działa. 

Jedynym sposobem na kontakt internetowy ze światem jest korzystanie z współdzielonych komputerów w ramach określonego limitu minut, zależnego od rangi danego członka załogi. To dobry moment na wysłanie e-maila - albo zamówienie czegoś z Amazona. 

Bo choć lotniskowiec może znaleźć się w zasadzie gdziekolwiek na świecie, poczta i przesyłki i tak docierają. Każda z jednostek ma własny kod pocztowy i adres w ramach amerykańskiego systemu pocztowego. 

Podróż przesyłki z USA na pokład lotniskowca na drugim końcu świata trwa około 10 dni. Lotniskowce wykorzystują flotę samolotów cargo C-2 Greyhound, które zapewniają częste, zwykle codzienne połączenia między jednostką a lądem. I tak, jeśli Ford znajdzie się na Morzu Południowochińskim, przesyłki do załogi zostaną wysłane do Singapuru, a stamtąd C-2 odbierze je i zawiezie na statek. 

Czasami będzie musiał poczekać, bo pokład lotniskowca to jedno z najbardziej ruchliwych lotnisk na świecie. Najnowocześniejsze jednostki są w stanie wysyłać samoloty co 30 sekund, co oznacza, że kontrolerzy ruchu i uwijający się na pokładzie załoganci muszą sami obsłużyć więcej maszyn, niż w godzinach szczytu startuje np. z amsterdamskiego Schipholu. 

Ale to atrakcje - i wyzwanie - dla nielicznych. Dla większości mieszkańców tego "miasta" życie jest niełatwe. Jednakże nikt nie idzie do marynarki wojennej szukać luksusów.

INTERIA.PL
Dowiedz się więcej na temat: lotniskowiec

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy