Reklama

Ich hobby jest koszmarem dziennikarzy telewizyjnych. Kim są newsraiderzy?

Youtube jest pełen podobnych nagrań. Newsowy reporter czy reporterka, w garniturze, płaszczu czy żakiecie opowiada o czymś mniej czy bardziej poważnym. Nieważne, czy lajf dytyczył starć w Strefie Gazy, pożaru, otwarcia centrum kryzysowego czy kolejnej burzy w brytyjskim parlamencie. Po kilku sekundach od rozpoczęcia lajfa w tle dzieje się coś... nietypowego.

Tęgi facet w beżowej bluzie spokojnym krokiem wchodzi za plecy reportera. Czasami ciągnie za sobą torbę na kółkach. Wchodzi w kadr, staje i zaczyna intensywnie wpatrywać się w reportera. Nie przeszkadza w niczym, nie krzyczy, nie wyciąga tabliczek z hasłami, po prostu tam stoi. Jak Michael Myers XXL przyglądający się w milczeniu kolejnej ofierze. 

Mężczyzna w beżowej bluzie to Paul Yarrow. Londyńczyk, który zdobył sławę jako “newsraider" - “najeźdźca wiadomości". Przez kilkanaście lat działalności zdołał zaistnieć w ten sposób w telewizji kilkaset razy. 

Reklama

- Za każdym razem, kiedy reporter miał coś do przekazania, byłem w tle i po prostu za nim stałem - mówił Yarrow w 2018 r. kanałowi “1000 Londoners". 

Stał się inspiracją dla czegoś, co można nazwać niezbyt poważnym ruchem społecznym. Newsraiderzy, idąc jego śladem, starają się zaistnieć w jak największej liczbie programów telewizyjnych, relacji reporterskich czy materiałów. To nie są przypadkowi, podchmieleni fani piłkarscy, oblegający Bogu ducha winnych dziennikarzy przed stadionami - są zorganizowani, metodyczni i, co ważne, podstawą ich hobby jest założenie, że w niczym nie przeszkadzają - oni po prostu są. 

Trudno powiedzieć, ilu dokładnie ludzi postanowiło poświęcać swój wolny czas na tropienie telewizyjnych relacji. Wiadomo, że najlepsi i najskuteczniejsi newsraiderzy działają tam, gdzie media są naprawdę wszędobylskie - w USA czy Wielkiej Brytanii. Niektórym chodzi o choćby ulotną sławę, o poczucie, że pokazali się na milionach ekranów. Inni robią to po prostu dla hecy. Śledzą pilne informacje z danego dnia i starają się z góry ustalić, gdzie może pojawić się najwięcej kamer. Sąd? Stadion? Parlament? Dobrze przygotowany newsraider będzie tam czekał, zanim jeszcze na miejsce dojedzie pierwsza ekipa. 

Wiadomo, że sami dziennikarze mają do nich nieco mieszane uczucia. Z jednej strony - newsraiderzy nie przeszkadzają. Z drugiej - trudno wykonywać swoją pracę, kiedy ktoś cały czas świdruje cię wzrokiem. 

Redaktor polityczny brytyjskiego magazynu “Newsnight" Michael Barrow padł “ofiarą" Yarrowa i podobnych mu newsraiderów kilkakrotnie. Zazwyczaj o tym, że za jego plecami dzieje się coś nietypowego, dowiaduje się dopiero po fakcie. W rozmowie z Guardianem mówił, że newsraiderzy zupełnie mu nie przeszkadzają, a są raczej powodem do rozbawienia. Pod jednym warunkiem: - Jeśli nie psują nagrania, doskonale, niech dobrze się bawią. Ale przypadkowi “fani" bywają upierdliwi. - Czasami jesteś zmuszony do powtórzenia nagrania, albo całkowitej zmiany lokalizacji. Mówi, że jedną z jego ulubionych sztuczek jest w takiej sytuacji udawanie, że wcale nie nagrywa - i szybkie nagranie standupa “na partyzanta". 

Są jednak “fani", dla których po prostu pojawienie się w telewizji nie wystarczy. Zamiast tego oblegają dziennikarzy, przeszkadzają im, zdarzały się napaści na reporterki i reporterów wykonujących swoją pracę. A to może skończyć się poważnie - nawet aresztowaniem “dowcipnisia". 

- Z tego powodu nienawidziłem obsługiwania koncertów i innych wydarzeń - mówił “Guardianowi" reporter Martin Bell. - Pamiętam, że kiedyś obsługiwałem SuperBowl i obległa mnie grupa ludzi, którzy robili wiele hałasu. To zupełnie rozprasza. Nigdy nie należy filmować w pobliżu dzieci, zwierząt i pijaków.

Sam Yarrow nigdy nie uciekał się do podobnych zachowań. Po prostu był sobą. Ale jak tłumaczy po latach, dla niego to było coś więcej, niż hobby. 

- Ludzie zakładali, że to ma być jakiś skecz, przez to jak wyglądałem ludzie sądzili, że to ma być jakiś żart - mówi. Tymczasem, jak twierdzi, pojawiając się w tle telewizyjnych przekazów miał coś do przekazania. 

Gdy nie pojawia się w telewizji, Yarrow jest aktywistą społecznym, działającym w południowym Londynie. Opiekuje się starszymi i chorymi ludźmi w swojej społeczności. W 2008 dostał nawet nagrodę Dobrego Samarytanina Roku za swoją działalność. 

- Zawsze w toku swojej działalności trafiałem na wielu dziennikarzy, ale oni unikali rozmawiania ze mną - mówił “1000 Londoners". - To chyba przez to, że mam nadwagę i jestem w średnim wieku. Pojawianie się w tle ich relacji było więc rodzajem protestu. Twierdzi, że telewizja pokazuje tylko “dobrze wyglądających ludzi". A tacy jak on są pozostawiani na marginesie bez względu na to, czy mają coś ważnego do powiedzenia. 

Channel 4 news, które było jednym z ulubionych celów Yarrowa, wydało oświadczenie, w którym stwierdzało: jesteśmy szczęśliwi, że nasze raporty pomogły kampanii pana Yarrowa. Odrzucamy sugestię, że skupiamy się na estetyce zamiast treści, ale życzymy panu Yarrowowi wszystkiego, co najlepsze. 

Mężczyzna w beżowej bluzie w ostatnich latach pojawia się w telewizji rzadziej. Jak mówi, przeraziły go trochę uboczne skutki jego kampanii. - Moje 15 minut sławy było bardzo niepokojące. Ludzie nagle zaczęli do mnie podchodzić na ulicy, robić sobie ze mną zdjęcia. Cieszę się, że to już nieco przycichło.

Jego następcy nie mają jednak takich obiekcji. Dla wielu z nich to właśnie rozpoznawalność jest celem samym w sobie. A gdzie łatwiej ją zdobyć, niż w telewizji?

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy