Spis treści:
- Jak ten złom doleciał na Księżyc?
- Cud techniki? Chyba eksponat muzealny
- Nie samym komputerem żyje statek kosmiczny
- Dlaczego nie jesteśmy w stanie wrócić na Księżyc?
Zwolennicy teorii spiskowych od lat przekonują, że amerykańskie misje Apollo były jedną wielką mistyfikacją, w ramach której NASA sfałszowała nagrania, zdjęcia, próbki i inne "dowody", bo człowiek nigdy nie stanął na Księżycu. A jeden z argumentów zawsze brzmi następująco: skoro byliśmy na naszym naturalnym satelicie już w 1969 roku, mając do dyspozycji mniej zaawansowane technologicznie rozwiązania, to czemu nie jesteśmy w stanie powtórzyć tego wyczynu.
Jak ten złom doleciał na Księżyc?
I chociaż stawiana tu teza jest oczywiście błędna, to w jednym należy się zgodzić. W porównaniu z nowymi systemami lotów kosmicznych, którymi dysponują obecnie agencje kosmiczne i prywatne przedsiębiorstwa, jak SpaceX, Blue Origin czy nawet Virgin Galactic, technologia zastosowana w misji Apollo 11 wydaje się wręcz eksponatem muzealnym. I tak właśnie jest, ale... tylko częściowo.
Misja Apollo 11 wykorzystywała statek kosmiczny, na który składały się moduł dowodzenia/serwisowy CSM-107 "Columbia" i moduł księżycowy LM-5 "Eagle", a także rakietę nośną Atlas V, której zadaniem było wyniesienie reszty na orbitę.
CSM, czyli Moduł Dowodzenia/Serwisowy, był jak sama nazwa wskazuje, połączeniem dwóch różnych jednostek, tj. Modułu Dowodzenia i Modułu Serwisowego. Pierwszy zawierał pomieszczenia dla załogi i systemy sterowania, a drugi składał się ze zbiorników na materiały ogniw paliwowych (ciekły wodór i ciekły tlen) i zawierał główny system napędowy i System Sterowania Reakcyjnego.

Moduł księżycowy LM-5 "Eagle" to z kolei dwuczłonowa jednostka, składająca się z członu zniżania i członu wznoszenia. Był on zdolny do pracy wyłącznie w przestrzeni kosmicznej i przeznaczony do przewozu dwóch astronautów z orbity Księżyca na jego powierzchnię i z powrotem.
Cud techniki? Chyba eksponat muzealny
Do kierowania Modułem Dowodzenia/Serwisowym i Modułem Księżycowym służyły komputery pokładowe programu Apollo, czyli Apollo Guidance Computers (AGC) - odpowiednio Command Module Computer (CMC) i Lunar Guidance Computer (LGC). I w tym miejscu faktycznie trudno się nie uśmiechnąć pod nosem, bo choć w swoich czasach uchodziły one za "cud techniki", to ważący 32 kg system korzystał z podzespołów słabszych, niż znajdziemy obecnie nawet w budżetowych smartfonach.
Dla przykładu, żaden z komputerów nie posiadał nośnika pamięci masowej podobnego do tych, z jakich korzystamy obecnie. Zamiast tego korzystały one z dwóch typów pamięci wykonanych z rdzeni ferrytowych, stałej 74 kB (mogła być zapisywana i odczytywana) oraz kasowalnej 4 kB (jedynie do odczytu), będącej odpowiednikiem pamięci RAM, choć dane zapisane w pamięci ROM (ang. Read Only Memory) nie giną po wyłączeniu zasilania.
Co więcej, do obsługi komputera służyło urządzenie będące połączeniem wyświetlacza i klawiatury, czyli tzw. DSKY, gdzie astronauci wpisywali polecenia i dane za pomocą klawiatury numerycznej. To naprawdę kawałek historii, nie tylko w przenośni, ale i dosłownie - tyle że tego typu rozwiązania to jedynie ułamek elementów, jakie składają się na skuteczną misję kosmiczną i co najważniejsze... sprawdzały się podczas wykonywania zadań, do jakich zostały zaprojektowane.

Nie samym komputerem żyje statek kosmiczny
Ba, czasem lepiej niż współczesne rozwiązania i wystarczy spojrzeć na rakietę SA-506 (Saturn V), wykorzystującą silniki F-1 oraz J-2, która wynosiła misję Apollo 11 w kosmos. Rakieta składała się z trzech stopni, wszystkie napędzane były paliwem ciekłym, a ich separację podczas startu wspomagały niewielkie ładunki separujące.
Do dziś uznawana jest za jeden z najbardziej zaawansowanych technicznie tworów człowieka w historii i z pewnością o tym elemencie nie można powiedzieć, że jest "przestarzała". Bo chociaż mamy do czynienia z rakietą jednorazową, to ten mierzący 110 metrów wysokości i 10 metrów średnicy gigant, którego huk było słychać w promieniu 80 km, był w stanie wynieść na niską orbitę okołoziemską 118 ton ładunku.
Dla porównania Starship, czyli dwustopniowa superciężka rakieta nośna opracowana przez SpaceX, która docelowo ma nas zabrać na Marsa, ma oferować udźwig w okolicach 100 ton. 20 kwietnia tego roku odbyła wprawdzie dziewiczy lot, ale nie obyło się tu bez problemów, podobnie jak podczas wcześniejszych prób. Tymczasem Saturn V słynął z wysokiej bezawaryjności i podczas eksploatacji doszło jedynie do dwóch niewielkich awarii rakiety.

Dlaczego nie jesteśmy w stanie wrócić na Księżyc?
To dlaczego nie jesteśmy w stanie wrócić na Księżyc? Odpowiedź jest bardzo zaskakująca... jesteśmy, ale:
- nie chcemy - wyścig kosmiczny między Stanami Zjednoczonymi i Rosją sprawiał, że "kto pierwszy" miało ogromne znaczenie, a opcja kolejnej wizyty w tym samym miejscu nie wydaje się już tak ekscytująca;
- nie mamy potrzeby - rozwój technologii sprawia, że wiele badań kosmicznych jesteśmy w stanie prowadzić z Ziemi albo za sprawą nowoczesnych teleskopów i innych instrumentów badawczych wyniesionych w kosmos;
- mamy więcej obaw - głównie w zakresie zdrowia astronautów, bo stale rosnąca wiedza o zagrożeniach czyhających w kosmosie czy jego wpływie na ludzkie ciało sprawia, że poświęcamy więcej wysiłku na kwestie bezpieczeństwa kosmicznych podróżników;
- to kosztuje - jak nie wiadomo, o co chodzi, to chodzi o pieniądze. Misje załogowe kosztują majątek i nie przynoszą większych korzyści, a przynajmniej na razie. Śmiało można zakładać, że kiedy agencje kosmiczne będą gotowe na nowy rozdział w podboju kosmosu, czyli kolonizację Układu Słonecznego czy kosmiczne górnictwo i będzie to miało znaczenie polityczne, pieniądze się znajdą.
I podobnego zdania są sami astronauci i pracownicy NASA, jak choćby Jim Bridenstine, administrator amerykańskiej agencji za czasów Donalda Trumpa, który już w 2018 roku był przekonany, że to nie naukowe czy technologiczne przeszkody nas powstrzymują:
Gdyby nie ryzyko polityczne, bylibyśmy teraz na Księżycu. Właściwie prawdopodobnie bylibyśmy na Marsie.













