Bryan Johnson prowadzi rewolucyjny eksperyment z psylocybiną. Najdokładniejszy skan mózgu
Bryan Johnson to słynny amerykański milioner, który inwestuje ogromne sumy, przeprowadzając na sobie zabiegi zapobiegające starzeniu i maksymalnie wydłużające życie. Niedawno rozpoczął nowy eksperyment z psylocybiną. Podczas kilku sesji będzie spożywał grzyby halucynogenne i dokładnie monitorował swój mózg, a także śledził zmiany związane z długowiecznością. To pierwsze tak wszechstronne badanie, prowadzone na ogromną skalę, choć tylko na jednym uczestniku. Czy dostarczy zadowalających dowodów naukowych i czym w ogóle one są?

Spis treści:
- Psylocybina poprawiła długowieczność myszy. Teraz przetestuje ją człowiek
- Bryan Johnson poddaje się nowemu eksperymentowi. Zbada prawie wszystko
- Jak działa nauka? Dowody i teorie nie są tym, czym się wydają
- Badanie na jednym człowieku nie wystarczy. Ale to dobry początek
Psylocybina poprawiła długowieczność myszy. Teraz przetestuje ją człowiek
Bryan Johnson od kilku lat wywołuje medialną burzę, poddając się coraz to nowym zabiegom odmładzającym, które mają zatrzymać procesy starzenia i zapewnić mu długowieczność. Inwestuje w to ogromne sumy. Krytycy nazywają to zbytkiem i strachem przed naturalną koleją rzeczy każdego żywego organizmu. Johnson pragnie jednak zbadać, na ile możliwe jest zachowanie młodości dzięki technologii, zabiegom, diecie i stylowi życia. O dążeniu kontrowersyjnego milionera do nieśmiertelności pisaliśmy już w 2023 roku. Od tego czasu nauka poszła do przodu i dziś Johnson poddaje się kolejnej kuracji. To, co naukowcy przebadali już na myszach, po raz pierwszy jest badane na ludziach. A raczej na człowieku. Dlaczego to rozróżnienie jest tak istotne - o tym później.
W lipcu tego roku naukowcy z Emory University w Atlancie opublikowali w prestiżowym "Nature Aging" głośną pracę, w której zademonstrowali przeciwstarzeniowy wpływ psylocybiny (a konkretnie jej metabolitu - psylocyny) na myszy. Szczegóły tego badania poruszaliśmy w lipcu na łamach GeekWeeka. Gryzonie, którym zaaplikowano substancję zawartą w tzw. magicznych grzybkach, osiągnęły znacznie wyższą przeżywalność (80%) w porównaniu do grupy kontrolnej (50%), a także poprawiła się jakość ich futra. Z kolei w testach in vitro na ludzkich komórkach wykazano, że terapia tym środkiem spowolniła ich starzenie.
Do tej pory jednak nie prowadzono takich testów in vivo na ludziach. Badano już wpływ substancji psychodelicznej na depresję i lęki (wielokrotnie i z bardzo obiecującymi wynikami, które także omawialiśmy w GeekWeeku), jednak nigdy wcześniej nie sprawdzano ich działania w kontekście longevity, które właśnie stanowi główny obszar zainteresowania Bryana Johnsona. Cóż więc innego mu zostało, jak nie sprawdzenie tego na sobie? Tylko czy takie badanie w ogóle może być miarodajne?
Bryan Johnson poddaje się nowemu eksperymentowi. Zbada prawie wszystko
Co dokładnie robi Bryan Johnson? Oprócz spożywania całego koktajlu środków, wykonywania odpowiednich ćwiczeń, spania w określony sposób, a nawet poddawania się transfuzji składników krwi ten chyba najbardziej zagorzały przeciwnik starzenia się na świecie jako pierwszy człowiek zaczął testować środek, który wykazał swoją skuteczność przeciwko starzeniu się komórek ludzi (na razie tylko w laboratorium) oraz organizmów myszy. Johnson znany jest z rygorystycznego dokumentowania swojego stanu zdrowia, a ten jest doprowadzony do perfekcji. Tego podejścia używa również teraz, gdy rozpoczął nową terapię.
Pod koniec listopada 2025 badacz, a zarazem swój własny obiekt doświadczalny, wziął udział w pierwszej sesji z psylocybiną. Ma ich przed sobą jeszcze dwie - w odstępach miesięcznych. Za każdym razem spożywa 5 gramów suszonych grzybów Psylocybe cubensis ze szczepu B+, zawierających ok. 25 mg psylocybiny. To dawka uchodząca zarówno za terapeutyczną, jak i szamańską. Jej ekwiwalent w postaci czystej substancji podawany jest bowiem pacjentom w legalnych terapiach psychodelicznych, jak również mniej więcej taką ilość grzybów podają uczestnikom tradycyjnych sesji południowoamerykańscy curanderos.
Protokół badawczy jest ściśle ustalony. Przed terapią zarejestrowano 249 niezależnych biomarkerów Johnsona, które następnie będą znów badane jej zakończeniu. W trakcie kilkugodzinnych sesji jego mózg jest skanowany w czasie rzeczywistym poprzez urządzenie Kernel Flow. Planowane jest także zbadanie, jakie będą następstwa tej procedury - poprzez analizę moczu, kału, krwi, i płodności, a także zostanie wykonane profilowanie multiomiczne (multi-omnics profiling) obejmujące dane genomiczne, epigenomiczne, transkryptomiczne, proteomiczne i metaboliczne, które zapewniają holistyczny obraz danego systemu biologicznego - w tym wypadku organizmu 48-letniego Johnsona.
Wszystkie dane są dokumentowane w czasie rzeczywistym (również w trakcie sesji) i udostępniane publicznie. Ma to zapewnić pełną transparentność badania i natychmiastową dostępność jego wyników - bez czekania na publikację, co może zajmować nawet wiele miesięcy. Nikt do tej pory nie przeprowadzał tak wszechstronnego eksperymentu z psylocybiną z monitorowaniem tylu zmiennych. Bryan Johnson jest pierwszy i... jedyny. A to niekoniecznie dobra informacja z punktu widzenia twardej nauki. Dlaczego?
Jak działa nauka? Dowody i teorie nie są tym, czym się wydają
Nauka jest przedmiotem wielu mylnych przekonań i opinii. Wydaje się ona być jedną z najbardziej błędnie postrzeganych zjawisk przez laików. Szczególnie problematyczną sferą są dowody naukowe, a niestety język polski dodatkowo utrudnia zrozumienie, czym one właściwie są. W moim wcześniejszym artykule o 10 największych mitach naukowych pisałem choćby o niemożności udowadniania teorii i hipotez. W nauce chodzi bowiem o ich... obalanie.
Choć brzmi to kontrintuicyjnie, to nauka nie oferuje ostatecznych, na 100% pewnych wyjaśnień czy "dowodów naukowych" rozumianych podobnie jak religijne dogmaty. Nawet tzw. prawa fizyki nie są absolutne i dane raz na zawsze. Nie da się wykluczyć, że w określonych warunkach się one załamują lub znikają bądź też że jutro przestaną obowiązywać. Tak również wyjaśnia to znany polski fizyk teoretyk, prof. Andrzej Dragan. Warto posłuchać jego wypowiedzi w podcaście Joanny Wojsiat, w którym obala także mity związane z fizyką kwantową i nauką w ogóle.
Andrzej Dragan wskazuje również na nieprzekładalność angielskiego odpowiednika terminu "dowód". W anglojęzycznej nauce stosuje się termin "evidence", który nie jest tym samym, co "proof", natomiast polski "dowód" potocznie kojarzony jest z tym drugim. "Evidence" jest - podobnie jak w sądzie - materiałem dowodowym, który stanowi poparcie danej tezy (i podobnie jak w sądzie nie są one wyrokiem, lecz się do niego przyczyniają). To hipotezy i teorie powstają na bazie takich dowodów, a nie odwrotnie.
Często w nauce znajdywane są nowe dowody popierające już istniejące teorie i hipotezy (jak np. o istnieniu ciemnej materii), jednak dla nauki nie istnieje nic wyższego. Teorie lub modele służą jedynie wyjaśnieniu zjawisk, będąc mocno opartymi na dowodach empirycznych lub, jak często mówi się w nauce anglojęzycznej, "evidence-based". Nie stanowią one jednak dowodów w znaczeniu "proof", które miałyby wyrażać obiektywną, ostateczną prawdę. Najbliższe temu pojęciu wydają się dowody matematyczne, które zapewne są takim rodzajem prawdy w pewnym zamkniętym, ściśle określonym, abstrakcyjnym systemie.
Związana jest z tym również koncepcja falibilizmu wywodząca się z teorii nauki. Falibilizm oznacza, że wiedza naukowa ma charakter historyczny i podlega falsyfikacji (a więc obaleniu) oraz unieważnieniu, by ustąpić miejsca teoriom lepiej oddającym stan rzeczy. Przykładem jest choćby wiedza dostarczona przez Izaaka Newtona. Choć był on genialnym fizykiem i jego ustalenia nadal pozwalają opisywać zjawiska w skali makroskopowej, to jego część jego teorii została obalona. W szczególności chodzi o pogląd, że czas i przestrzeń są absolutne i niezależne od obserwatora, a grawitacja działa natychmiastowo. Zostało to unieważnione przez ogólną oraz szczególną teorię względności Alberta Einsteina.
Jeszcze innym problemem z dowodzeniem jest to, czy pojedyncze badanie wystarczy do ukucia nowej teorii, którą można uznać za najbardziej na dany moment prawidłowe wyjaśnienie jakiegoś zjawiska. Często w mediach mówi się o zamieszaniu, jakie robią pojedyncze badania, które mają być rzekomo "rewolucją" w nauce (takie "rewolucje" mogą zdarzać się raz na tydzień i niewiele z tego wynika).
W rzeczywistości pełniejszy obraz dają dopiero metaanalizy, przeglądy wyciągające dane z wielu badań i porównujące ich wyniki. Zdarza się bowiem, że z powodu błędów metodologii i wpływu zewnętrznych czynników wyniki różnych badań stoją ze sobą w sprzeczności, a pojedyncze eksperymenty nie dają później takich samych rezultatów bądź też nikt ich nie powtarza. Z tego względu powinno się raczej wystrzegać wyciągania daleko idących wniosków z pojedynczych badań. Prawidłowości z metaanaliz są natomiast dużo bardziej wiarygodne, z tym że i one nie stanowią ostatecznej prawdy.
Nie znaczy to jednak, że nauka jest na tyle ułomna, że nie powinniśmy brać pod uwagę jej odkryć i wyraźnych prawidłowości, podejmując decyzje w życiu codziennym, nie mówiąc już o działalności czysto technicznej, która akurat w skali makro jest dość dobrze opisana przez naukę. Nauka nadal stanowi najlepszy instrument ludzkości do wyjaśniania zjawisk, ale nasze podejście wymaga elastyczności. Rzeczywistość nie jest bowiem prawdopodobnie zamkniętym systemem matematycznym o skończonej liczbie zmiennych, w którym prawa działają zawsze i wszędzie. Co więcej, prawa jako takie mogą w ogóle nie istnieć poza umysłem człowieka.
Badanie na jednym człowieku nie wystarczy. Ale to dobry początek
Jak w świetle powyższych rozważań prezentuje się najnowszy eksperyment Bryana Johnsona? Choć dostarcza on solidnych dowodów "ewidencyjnych", to nie będą one na tyle rozległe, aby przykładowo wpłynąć na organy regulacyjne wielu krajów i skłonić je do zalegalizowania takiej terapii. Te nowe dane pochodzą bowiem tylko od jednego uczestnika badania. Próba n=1 jest niezgodna ze standardem badań klinicznych, który zakłada raczej duże grupy uczestników, podwójną ślepą próbę (sytuację, w której ani uczestnicy, ani prowadzący nie wiedzą, kto otrzymuje daną substancję, a kto placebo) i występowanie grupy kontrolnej (grupy niepoddanej interwencji, z którą można porównać wyniki badanej grupy). Z tego powodu wyniki dostarczone przez 48-latka uniemożliwiają generalizację.
Jako że ludzie różnią się między sobą, często w znaczący sposób, nie sposób ekstrapolować wyników jednej osoby na ogół populacji. Bryan Johnson jest tego wyjątkowo dobitnym przykładem. W jego przypadku występuje wiele tzw. zmiennych zakłócających (ang. confounding factors), bowiem jednocześnie stosuje on liczne zabiegi i terapie, które zmieniają jego organizm również w trakcie tego konkretnego eksperymentu. Nie można zatem mówić o pełnej obiektywności takiego badania.
Dużo lepsze rezultaty dają badania na dziesiątkach tysięcy osób z danego obszaru i w danym czasie, a jeszcze lepsze - gdy wiele takich badań poddawanych jest metaanalizie, lecz i ona może nie być wystarczająco miarodajna, na co mogą wskazywać kolejne analizy itd. Tak było choćby w przypadku naukowych dociekań o szkodliwości fluoryzowanej wody w kontekście zdolności poznawczych. Jednostkowa sytuacja jest czymś w rodzaju przykładu anegdotycznego. Przykładowo osoba, która tak jak Bryan Johnson zażyła psylocybinę i doświadczyła przykrych wrażeń, może ogłaszać, że substancja ta jest zła i szkodliwa. Z kilkudziesięciu innych badań na setkach osób mogą płynąć przeciwne spostrzeżenia, ale ta osoba może być przekonana, że jej jednostkowe doświadczenie stanowi podstawę do generalizacji.
Nie twierdzę bynajmniej, że Bryan Johnson poprzez swój osobisty przykład będzie aspirował do roli wyroczni. Mimo że pod względem skrupulatności i przejrzystości ewidencjonowania jest on wzorowym badaczem, to ten jeden przypadek nie ma tak dużego impaktu naukowego, jaki dałoby duże badanie zgodne ze standardem klinicznym. Jego 3-miesięczny eksperyment może jednak dostarczyć cenne dane, które inni badacze zechcą sprawdzić na większych grupach uczestników. To badanie ma więc pewną przydatność, choćby dostarczając nowych hipotez do przetestowania.
To kolejna cegiełka, która może przyczynić się do wykorzystania psylocybiny w celach medycznych na szeroką skalę - podobnie jak wcześniej stało się to z konopiami, które są dziś powszechnie używane w medycynie i dostępne na receptę w Polsce. Istnieją już ku temu solidne podstawy naukowe dzięki dowodom dostarczanym od ponad pół wieku, a niektóre kraje i stany USA zalegalizowały w ostatnich latach psychoterapię z użyciem tej substancji do leczenia depresji. Polska nadal na to czeka. Kolejne badania pokażą, czy zostanie ona wykorzystana także do poprawy naszej długowieczności.










